[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.dzwoniłaś do mnie do biura.— Ale to było kilka godzin temu — odparła.Na jej ustach błąkał się ciepły uśmiech.— Nie mam kwiatów — powiedział, wychodząc z założenia, że lepiej mieć to od razu z głowy, niż rozczarować ją później.— A twój prezent.dam ci go w Big Sur.— Jakie to spontaniczne — mruknęła.Nie było to oskarżenie i nie mówiła tego w złości.Po prostu była trochę rozczarowana.To słowo pasowałoby do epitafium na jej nagrobku, pomyślał.Katherine van Bender1958—Rozczarowana.Nie zawsze tak było.Poznali się, kiedy Timothy studiował na Yale, a Katherine była na Smith.Na roku Timothy'ego wprowadzono koedukację.Po pierwszym zachłyśnięciu się możliwościami, jakie dawało zniesienie segregacji płciowej, Timothy i jego koledzy przeżyli gorzkie rozczarowanie.Dziewczyny, które przyjmowano do Ivy League, były wybierane na podstawie szkolnych wyników i zdolności intelektualnych, a nie urody.Studentki z pobliskiego Smith, o modnych fryzurami i wesołym usposobieniu, były znacznie bardziej otwarte.Tak więc przez całe studia Timothy i jego koledzy regularnie wpadali do Smith (czasami raz czy dwa razy w miesiącu) na przyjęcia — albo żeby przetestować szczególnie obiecującą podwójną czy potrójną randkę.Właśnie ten sposób poznał Katherine.Pewnego weekendu razem ze swoim współlokatorem Chaunceyem pojechał do Northampton, ponieważ kolega zaprosił ich na odbywające się poza kampusem party, obiecując, że zapamiętają je do końca życia.Ten weekend rzeczywiście zapadł im w pamięć, choć wcale nie z powodu przyjęcia.W nocy się rozpadało i złapała ich ulewa, jakiej nie pamiętali najstarsi mieszkańcy Nowej Anglii.Kiedy oldsmobile Timothy'ego złapał gumę, powiedział, że może lepiej będzie, jeśli Chauncey zostanie w wozie.— Nie ma sensu, żebyśmy obaj mokli — oświadczył, mając jednocześnie nadzieję, że kolega pierwszy sięgnie do klamki.Jednak Chauncey nie kwapił się z wyciąganiem ręki.Schylony nad podnośnikiem, na ciemnym poboczu drogi w Massachussets, z przemoczonym swetrem i wodą spływającą strużkami z włosów, Timothy sam zmienił koło.Pół godziny później, w butach pełnych wody i mokrej koszuli przywierającej do grzbietu, wszedł razem z Chaunceyem na przyjęcie.Bardzo szybko jednak stwierdził, że wcale nie bawi się dobrze.Był przemarznięty do szpiku kości, a z butów przy każdym kroku wyciekała woda, jakby były zrobione z gąbki.Wyniósł się więc po cichu z przyjęcia i pojechał do najbliższej knajpki, gdzie miał zamiar napić się gorącej kawy i poczekać, aż Chauncey dojrzeje do powrotu do domu.I właśnie tam ją zauważył.Siedziała naprzeciw niego przy sąsiednim stole, popijając gorącą czekoladę i czytając książkę (była to Rebeka Daphne du Maurier).Na pierwszy rzut oka można było poznać, że jest ze Smith: jej ubranie (wiejska spódnica i bluzka z dekoltem) miało być symbolem buntu, ale takiego grzecznego buntu, z dobrym smakiem i pieniędzmi.Blondynka o piegowatej twarzy, zadbana, z wypielęgnowanymi paznokciami i włosami równo przedzielonymi pośrodku głowy i spiętymi z tyłu spinką.Jednak w odróżnieniu od innych dziewczyn ze Smith nie spuściła wstydliwie wzroku, tylko spojrzała na niego, przekrzywiła lekko głowę, jakby rozważała jakąś ważną kwestię, i nie przerywając kontaktu wzrokowego stwierdziła:— Wyglądasz jak kupa nieszczęścia.— Jeszcze przed sekundą rzeczywiście byłem kupą nieszczęścia — odparł Timothy, demonstrując przećwiczony wcześniej rozbrajający uśmiech.— Dobry Boże.to najbardziej nieudolny podryw, o jakim słyszałam — stwierdziła.Była bezpośrednia, inteligentna, otwarta i potrafiła usadzać facetów bez żadnego ostrzeżenia.Tej nocy zaprosiła go do swojego mieszkania (co było bardzo odważne) i zaproponowała mu suchy sweter i spodnie jakiegoś mężczyzny, którego nazwiska nie podała.Miał nadzieję na coś więcej, przynajmniej na pocałunek, ale wręczając mu ubranie, dodała tylko:— Nie musisz tego zdejmować przez całą noc.Powiedziała to jednak z uśmiechem i to wystarczyło.Możliwe, że właśnie w tym momencie poczuł, że go oczarowała.Była zagadką i nic z nią nie było proste.Wszystko w niej było jakieś dziwne, poczynając od sposobu mówienia (wymawiała bardzo wyraźnie każdą zgłoskę), po rysy twarzy (bardzo ładne, ale jej nos był trochę garbaty, a podbródek zbyt wysunięty i profil przypominał dziób okrętu).Nawet jej pozycja społeczna była zagadką — a to akurat miało szczególne znaczenie dla Timothy'ego.Ubierała się, wysławiała i zachowywała, jakby pochodziła z zamożnej rodziny, ale co jakiś czas zdarzały jej się drobne potknięcia i miał uczucie, jakby patrzył na dziedziczkę wielkiej fortuny, która schylając się na balu, ukazała starą i porwaną bieliznę.W początkowym okresie ich zalotów pewnego popołudnia zwiedzali Muzeum Sztuki Metropolitan w Nowym Jorku.Trzymając się za ręce, krążyli po salach z francuskimi malowidłami.Zatrzymali się przed pastelą Ducreux, przedstawiającą portret księcia Bougainville'a.Katherine przeczytała podpis pod obrazem, ale zamiast powiedzieć „bu-żę-wij”, powiedziała „bou-żę-wile”.Najgorsze jednak nie było to (Timothy nie mógł tego zapomnieć nawet po dwudziestu latach), że źle mówiła po francusku lub może znała ten język tylko biernie, więcej czytając niż mając okazji do rozmowy, ale że poprawił ją tam w muzeum, przy innych ludziach.— Wymawia się „bużęwij” — powiedział.Jego francuski był bardziej niż perfekcyjny i mimo że powiedział to z uśmiechem, natychmiast tego pożałował, ponieważ był to atak, subtelna szpila, i oboje to wiedzieli.Kiedy później analizował tę sytuację, zastanawiając się, co go skłoniło do poprawienia jej wymowy, uznał, że to wina Katherine, wina jej nieustępliwości; przypominała stromą ścianę góry, która nie daje wspinaczowi nawet chwili odpoczynku.Dlatego usadził ją, kiedy tylko nadarzyła się okazja.Była to także okazja do uświadomienia jej, że choć była czarującą enigmą, ładną dziewczyną o ciętym języku, która potrafiła się ubrać i zachować, to on był van Benderem.Pochodził z rodziny, w której klasę przekazywano z pokolenia na pokolenie, a nie zdobywano na uczelni w Massachusetts.Tego dnia w muzeum, kiedy powiedział: „To się wymawia bużęwij”, Katherine zacisnęła usta.Być może inni zwiedzający mogli widzieć w tym uśmiech wdzięczności, ale Timothy wiedział, że to grymas bólu.Przez resztę wieczoru prawie się do niego nie odzywała.Może to był pierwszy znak, że ich związek nie będzie prosty.Później były inne znaki.W noc przed ślubem pojawiła się pierwsza rysa na ich związku, mniej więcej w tym samym czasie, co pierwsi goście zjeżdżający na uroczystość.Siedzieli w gabinecie na piętrze w domu ojca Timothy'ego w Menlo Park.Na dole były ich obie rodziny.Wszyscy krewni Katherine przyjechali tego wieczoru z Bostonu: matka i ojciec, siostra oraz babka (musiała mieć jakieś dziewięćdziesiąt lat), wraz z tuzinem innych gości [ Pobierz całość w formacie PDF ]