[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Anna skrzywiła się.Wiedziała, że Antoni też byłby przeszkodą na drodze do Warszawy.Chciałby na pewno zostać na miejscu.Jego rodzina osiedliła się w Piławie, o rzut kamieniem, jak mawiał.Lubił bardzo swoją rodzinę, chociaż kłócili się ciągle o byle co.Postronnym trudno było zrozumieć, o co im właściwie chodzi, bo posługiwali się rodzinnym językiem, pełnym zawiłych aluzji niezrozumiałych dla niewtajemniczonych.Annę nudziły śmiertelnie ich zagrywki i nie dawała się wciągać w słowne szermierki.Tymczasem matkę wyraźnie to wszystko bawiło.Odcinała się i sama przycinała, nic sobie nie robiła z niemądrych żartów, zbywała je śmiechem.Anna nie była pewna czy w grę wchodziło tu dziwaczne poczucie humoru, czy wzgląd na Antoniego.Zmarszczyła się.Jeżeli to drugie, to matka nie zechce wyjechać bez niego.Anna nawet lubiła Antoniego.Tylko co z tego? Lubiła też kawę z mlekiem i ciasto z kruszonką.Lubić można tysiące rzeczy i ludzi.To nie znaczy, że są niezbędni.Niezbędni są ci, których się kocha.Miłość jest czymś wyjątkowym.Nie może trafiać się raz po raz, jak katar.Matka powinna to dawno zrozumieć.Nie powinna tak patrzeć na Antoniego.Więc jej straszny płacz wtedy, w ciemnościach wiejskiej chałupy, był definitywnym końcem jednej miłości, otwierającym drogę do kolejnej?Anna weszła do sypialni.Nie lubiła tego pokoju z jego ciężkimi, ciemnymi, poniemieckimi meblami.Podwójne łóżko było w pośpiechu niestarannie zaścielone.Anna ze złością poprawiła kolorową narzutę.Biel nieprzysłoniętych powłoczek raziła ją jak obnażone ciało.Cień masywnej, trzydrzwiowej szafy wypijał barwy z dywanika na podłodze.Anna wysunęła język do swojego odbicia w lustrze wmontowanego w środkowe drzwi szafy, a potem uśmiechnęła się z uznaniem.- Ładna z ciebie dziewczyna - powiedziała.- Można ci śmiało dać z siedemnaście lat.Otworzyła szufladę komody i sięgnęła po album z fotografiami.Na jasnym, marmurowym blacie walały się w nieładzie grzebienie, szczotka do włosów i zapomniana widocznie w pośpiechu szminka.Anna umalowała sobie usta, wzięła w dwa palce długi, miękki włos i z albumem pod pachą poczłapała do kuchni.Ostrożnie upuściła album na stół.Włos nie chciał się odczepić od palców.Potrząsała dłonią nad kubłem z rosnącą irytacją.Nareszcie! Czuła coraz większy głód.Niecierpliwie kroiła chleb.Mleko grzało się niemiłosiernie długo.Ciśnienie gazu było tak małe, że niebieski płomyczek ledwo majaczył nad palnikiem.Anna zajadała ze smakiem.Wygryzała miąższ z kromki, żeby skórki zostały na deser.Otwierała szeroko usta, usiłując nie zetrzeć szminki.Wytarła palce o spodnie piżamy i sięgnęła po album.Był oprawiony w jasnobeżową skórę ozdobioną z frontu ornamentem z kolorowych muszelek.Pamiątka lata spędzonego kiedyś przez rodziców w Gdyni.Matka zapakowała go do plecaka przed wygnaniem z Warszawy.Niektórzy dziwili się, po co.Zajmował tyle miejsca! Czy nie lepiej było zabrać jakieś srebra, kołnierz z lisa, no cokolwiek, co nadawałoby się do handlu wymiennego? Rzeczy, dobytek, jakby to mogła być gwarancja.Złuda bezpieczeństwa.Raz są, raz ich nie ma.Są nieważne.Anna skrzywiła się i z pogardą kopnęła masywną nogę stołu.Ważne jest, że z ludźmi dzieje się tak samo.Znikają i co okropniejsze, też wydają się do zastąpienia.Otworzyła album na chybił trafił.Ojciec w mundurze uśmiechał się tylko oczami, usta miał poważne.Gładko zaczesane włosy przedzielone równą linią przedziałka oblepiały czaszkę.Anna uświadomiła sobie ze wstydem, że nie pamięta ich koloru.Chwyciła za warkocz i przyglądała się kosmykom wahającym się między różnymi odcieniami brązu.Tak, to były zdecydowanie włosy ojca.Matka jest przecież blondynką.- Cieszę się, że jestem do ciebie podobna - powiedziała.Przypomniała sobie jak lubiła zaglądać do łazienki, kiedy ojciec się golił.Taki był zabawny z brodą i wąsami z białej piany.Kiedyś maznął ją pędzlem po nosie i podniósł do lustra.Zaśmiewali się oboje.Był zawsze wesoły.Dlatego nie mogła zrozumieć, co stało się tamtego dnia.Podniósł ją do góry i tak mocno przycisnął do siebie, że guziki munduru wpiły się boleśnie przez cienką sukienkę w jej brzuch.I patrzył na nią tak dziwnie, z natężeniem i powagą.Obejrzała się na matkę.Przestraszył ją wyraz napięcia na jej twarzy, łza spływająca wolno po policzku.Czuła, że matka nie zwraca na nią uwagi, że wcale jej nie widzi.Anna nie mogła sobie przypomnieć, żeby zrobiła coś złego.Dlaczego są tacy? Rozpłakała się głośno.Matka wyrwała ją ojcu, zaszlochała.Ojciec powiedział coś szybko i wyszedł.Jego kroki zadudniły po schodach.Matka podbiegła do okna.Ojciec szedł słoneczną stroną ulicy [ Pobierz całość w formacie PDF ]