[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zosia piła i jadła, w przerwach zaś rozmawiała:— Madame kłania się Ludwisiowi i prosi o resztę, jakieś tam pięćdziesiąt złotych.Na twarzy Lachowicza ukazał się rumieniec.— Ach! jaka to dobra kawa.My dostajemy tylko herbatę z mlekiem, a podwieczorek niezawsze.— Która ma pieniądze, to sobie sama kupuje.Rumieniec Lachowicza zrobił się ciemniejszy.— Miałam się o coś Ludwisia zapytać, alem na śmierć zapomniała.Ale! ale.madame dziwi się, że ojciec ani razu u mnie nie był i nawet listu nie pisze.Czy ojciec będzie kiedy?.Lachowicz niespokojnie przeszedł się po pokoju i odparł:— Nie wiem.W każdym razie nieprędko.Dziewczynka posmutniała, a potem, podnosząc na brata swoje wielkie, czarne oczy, rzekła nieśmiało:— Możebym ja choć na wakacje ojca zobaczyć mogła?.— Może być.Czy ci tęskno?.— Tak.czasem!.Do innych przychodzą rodzice.Niedawno nawet był ojciec Brońci i dał jej na urodziny lalkę.Ale ja lalki nie chcę, taka już przecie duża jestem!.Przytem bawimy się razem.Ja jej uszyłam dwie nocne koszule.— Już umiesz szyć koszule? — spytał z uśmiechem Ludwik.— Eh! niebardzo.Dla siebiebym jeszcze nie uszyła, ale dla syna madame robię już skarpetki, po lekcjach.Zdaje mi się, że u Ludwisia nie jest bardzo ciepło; dlaczego to tak?.— Widzisz, zbyteczne ciepło źle wpływa na obrazy — odparł, śmiejąc się, malarz.— To prawda! W pokoju madame jest bardzo ciepło i dlatego wszystkie obrazy jej sczerniały i popękały.Ale ja już muszę niedługo iść do domu!Lachowicz wydobył portmonetę.— Kochana Zosiu — rzekł, dostając pieniądze — daj tymczasem swojej madame pięć rubli i powiedz, że pojutrze oddam resztę i jeszcze coś na przyszły kwartał zaliczę.Drzwi znowu skrzypnęły, i ukazał się w nich jakiś człeczyna niski i obrośnięty, którego odzież i ruchy nie okazywały ani zbyt wysokiego stanowiska w świecie, ani zbyt starannego wychowania.— Ho! ho! — zawołał przybyły — nasz bazgracz ma widzę pieniądze, i nie będziemy potrzebowali wystawiać mu okien z mieszkania.Te pieniądze to pańskie szczęście, bo gospodarz już naprawdę o sądach gada!.Ludwik zbladł, Zosia ze zdziwieniem spoglądała to na brata, to na przybysza, który mówił dalej, śmiejąc się i wskazując na dziewczynkę:— Cóżto za kurczę?.Masz pan dobry gust, tylko trochę niedojrzały! Amator kwaśnych jabłek.— To moja siostra, panie! — odezwał się Lachowicz.— A a a, siostra? Wracani honor.Myślałem, że.— Byłeś pan w mieście? — przerwał szybko malarz.— Byłem, ale wiatr, psiawiara, przedmuchał mnie jak fujarkę.— Nie dobieraj pan tak mocnych wyrażeń! — ostrzegał go Lachowicz, wysilając się na uśmiech.Rządca skamieniał prawie, widząc kłopot malarza.— U trzystu djabłów! — zawołał — od kiedyż to zaczynasz pan sznurować gębę?.Do tej pory brzechaliśmy z panem jak ludzie i nie wiem, dlaczego mamy dziś udawać arystokratów, delikatnych jak angielskie pieski?.Każdy wyraz rubasznego rządcy dziwił Zosię, a torturował malarza, który rumienił się, potniał, przestępował z nogi na nogę, a wreszcie, zaprowadziwszy gościa do sypialni, rzekł tonem błagalnym:— Panie drogi! nie hazarduj się tak w mówieniu, bo jeszcze powiesz go nie.właściwego, a to przecież siostra.— I mieszkało między nami! — wykrzyknął rządca.— Przecie pan przy moich siostrach takich ceremonij nie robisz?.Lachowicz aż się zachwiał.— Zresztą — dodał gość z nowym wybuchem śmiechu — nie chcę państwu w randeiksie przeszkadzać i wyjdę, ale pieniądze swoją drogą przygotuj pan na jutro, bo z gospodarzem to psia.noga!.— A przyszlij mi pan, z łaski swojej, stróżowę — rzekł Lachowicz z miną człowieka, wychodzącego z łaźni, w której zbyt silnie napalono.— Przyszlę, z łaski swojej! — odparł nieco rozgniewany gość, trzaskając drzwiami.— Jakiś dziwny pan! — odezwała się Zosia.— Dobry człowiek — upewnił ją brat — tylko.ma trochę klepki pomieszane.W tej chwili Zosia dostała gwałtownego kaszlu.— Co tobie, dziecko? — wykrzyknął przestraszony malarz.— Czy ty często tak kaszlesz?.— I nie, tylko czasem rano i czasem w wieczór.Ale to niedawno i już mniej.— Zaziębiłaś się może na spacerze?.— Ja nie chodzę na spacer, bo kaloszy nie mam.— Jakto, zupełnie nie chodzisz?.— Nie zupełnie, tylko nie codzień.Ale ja wolę siedzieć w domu; teraz na dworze tak brzydko!— I salopka twoja musi być za lekka! — szepnął jakby do siebie Lachowicz.Weszła stróżowa.Ludwik prędko pożegnał Zosię i odprowadził ją do schodów.Wróciwszy do pokoju, siadł przy stole i oparł głowę na rękach.— Na spacer nie chodzi, nie ma kaloszy.kaszle! Łzy mu się zakręciły w oczach.ROZDZIAŁ VO ROZKOSZACH I KŁOPOTACH BADACZÓWKażdy człowiek znakomity ma jakąś słabość, która go stawia na równi z innymi śmiertelnikami, a nawet robi zabawnym.Napoleon, jak pierwszy lepszy kantorowicz, wyobrażał sobie, że jest tenorem; Fryderyk Wielki cierpiał na wspólną wszystkim młodym kancelistom chorobę pisania wierszy; Neron, niby gimnazista naszych czasów, udawał aktora; — a pan Roman literat miał przekonanie, że jest znakomitym obserwatorem i materjałem na wielkiego powieściopisarza.Pan Roman pisał niewiele — i robił dobrze; zrobiłby jednak lepiej, wziąwszy się naprzykład do handlu albo krawiectwa.Na nieszczęście, wiara w talent obserwacyjny nie pozwalała mu na to, i znajomy nasz, zamiast przykładnie siedzieć nad igłą lub księgą kasową, wałęsał się całemi dniami po mieście, zapisując wszystko, co mu się nasunęło przed oczy, i wmawiając w siebie i innych, że „wzorki zbiera [ Pobierz całość w formacie PDF ]