[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wygląda dość groźnie, pomyślał Doug.–Lepszy rydz niż nic – mruknął.– Telefon – zawołał.–Z kim łączyć? – zapytał bezpłciowy syntezowany głos.–Leroy Gordette.–Nie zgłasza się – poinformował po chwili komputer.– Mam go poszukać czy zostawisz wiadomość? – - Zostawię wiadomość.–Nagrywam.–Panie Gordette, tu Douglas Stavenger.Proszę do mnie zadzwonić, jak najszybciej.Sprawa dotyczy sytuacji militarnej.Oglądając się wstecz, Doug zrozumiał, że konfrontacja była nieuchronna od dnia, kiedy sekretarzem generalnym Organizacji Narodów Zjednoczonych został Georges Faure.„Ten mały kanadyjski żabojad” zamierzał wyegzekwować postanowienia traktatu nanotech z pomocą wszelkich dostępnych środków.Nikt – nawet Joanna – nie przypuszczał, że posunie się do użycia siły.Doug jednak znał historię na tyle dobrze, by orientować się, że siła jest fundamentalnym narzędziem przywódców politycznych.Nie miał co do tego złudzeń, mimo własnych zapewnień, że ta „wojna” nie będzie pojedynkiem strzeleckim.Faure nie był wojskowym geniuszem, ale był tyranem.Miał zamiar przekształcić ONZ w prawdziwy rząd światowy.Z sobą na czele.Baza Księżycowa stała mu na przeszkodzie.Traktat nanotech był tylko pretekstem.Dopóki Baza Księżycowa ignorowała zwierzchnictwo ONZ, państwa na Ziemi miały podstawy do sprzeciwienia się naruszaniu ich suwerenności przez Organizację.Dlatego Baza Księżycowa musiała zostać przywołana do porządku.Albo zniszczona.Kłopot w tym, że im bardziej Doug zgłębiał historię, im dalej zapuszczał się na krwawy, morderczy szlak wiodący od czasów antycznych do chwili obecnej, tym bardziej zgadzał się, acz niechętnie, z celami deklarowanymi przez Faure’a.Na Ziemi mieszkało dziesięć miliardów ludzi, według oficjalnych szacunków.Zapewne było ich miliard więcej, co najmniej, pominiętych w spisach różnych państw.Dziesięć czy jedenaście miliardów gąb do wykarmienia, dziesięć czy jedenaście miliardów ludzi potrzebujących mieszkań, ubrań i wykształcenia.Większość biedna, głodna, zacofana.A mieszkańców Ziemi przybywało szybciej, niż ktokolwiek mógłby sprostać ich potrzebom.Codziennie rodzi się trzysta tysięcy dzieci! Całe bogactwo świata z ledwością mogłoby zapewnić im minimum środków egzystencji.Ma się rozumieć, bogaci oferowali pomoc, ale pod warunkiem, że biedni zmniejszą przyrost naturalny.Głód dziesiątkował mieszkańców różnych kontynentów; zarazy zabijały miliony.A jednak liczby stale rosły.Nędzarzy świata przybywało: mnożyli się i stawali coraz ubożsi, coraz bardziej głodni i chorzy.Tylko rząd światowy mógłby zmierzyć się z globalnym problemem przeludnienia.Tylko prawdziwy rząd światowy miałby cień szansy na bardziej równomierną redystrybucję bogactw świata.Taki był obwieszczany wszem i wobec cel Faure’a.Doug zgadzał się, że cel wart jest zachodu, witalny, decydujący o przeżyciu rodzaju ludzkiego.Wiedział też, że nigdy nie zostanie osiągnięty; nie w taki sposób, w jaki zamierzał Faure.Sygnał komputera wyrwał go z rozmyślań.Mrugało do niego światełko wiadomości.–Odpowiedz – polecił.Nie był to Gordette.Doug poznał technika łączności z centrum kontroli.–Doug, odbieramy przekaz z L-l.Na jednej częstotliwości.Sekretarz generalny Narodów Zjednoczonych wygłosi przemówienie i chce, żebyśmy go wysłuchali.–Dobra – powiedział Doug, ze zmęczeniem opadając na krzesło.– Puść przez radiowęzeł, żeby wszyscy mogli posłuchać.–Dobrze.Potem wpadł na lepszy pomysł.–Czekaj.Ogłoś, że wszyscy, którzy nie pracują, mają iść do Groty.Daj Faure’a na ekran.Niech wszyscy to zobaczą.–Ty też przyjdziesz?–Tak – odparł, podnosząc się z krzesła.Lądowanie minus 112 godzin Georges Faure nie czuł się ani trochę zdenerwowany, gdy wchodził powoli na podium.Sala Zgromadzenia Ogólnego była zajęta do ostatniego miejsca, ale panowała w niej taka cisza, że słyszał swoje kroki na marmurowej posadzce.Delegaci stawili się co do jednego.Reporterzy tłoczyli się z tyłu i w bocznych przejściach, skupiając na nim obiektywy kamer.Galeria dla gości pękała w szwach.Faure był niewysoki i miał sylwetkę gruszki, ale ubierał się tak wytwornie, że nikt nie zwracał uwagi na mankamenty jego figury.Ani na lekkie utykanie, które psuło mu krok.Rzedniejące ciemne włosy zaczesywał do tyłu, czoło miał wysokie, twarz okrągłą, różową, niemal cherubinową, wyjąwszy staroświecki wąsik, najeżony jak druciana szczotka.Przy nieczęstych okazjach, kiedy zawodziło go żelazne opanowanie i wpadał w gniew, końce wąsów drżały zauważalnie.Czasami widok ten przyprawiał ludzi o śmiech, ale naśmiewanie się z Geo-rgesa Faure’a było poważnym błędem.Sekretarz generalny nigdy tego nie zapominał i nigdy nie wybaczał.Oczy małe, głęboko osadzone, ciemne i rozbiegane, stale śmigały tu i tam, obserwując, oceniając, sondując, osądzając.Wielu za jego plecami szeptało, że ma oczy oportunisty, karierowicza, politykiera.Faure wiedział, co o nim mówią: że jest człowiekiem mającym zbyt wysokie mniemanie o sobie, zżeranym przez wygórowane ambicje.Wcale nie, powtarzał sobie z uporem; napędzała go nie osobista ambicja, tylko wewnętrzne pragnienie, zapał, uświęcona misja: chcę ocalić świat przed nim samym, zaprowadzić porządek i zapewnić stabilizację ludzkości; chcę zapobiec tragedii chaosu i katastrofie zagrażającej błądzącym mieszkańcom Ziemi.Dotarł do marmurowego podium.Podłoga z tyłu była lekko podniesiona w taki sposób, by nikt z audytorium nie widział, że tworzy platformę.Uśmiechając się do rzędów oczekujących twarzy, wsparł się o mównicę, odciążając bolącą stopę.Odczekał chwilę, pławiąc się w cieple niepodzielnej uwagi każdego delegata, żarze kamer i magnetofonów, podziwie publiczności.Pierwsza linijka przemówienia już widniała na elektronicznym prompterze; w dzbanku na mównicy stała jego ulubiona woda Evian.Wszystko na swoim miejscu.Zagaił:–Delegaci Zgromadzenia Ogólnego i Rady Bezpieczeństwa, przedstawiciele środków masowego przekazu, członkowie publiczności i obywatele świata – stoję przed wami z sercem przepełnionym smutkiem i nadzieją.Przed siedmioma laty na mocy porozumienia wzajemnego państw członkowskich tej dostojnej organizacji wprowadzono mądry, dalekowzroczny zakaz prowadzenia wszelkich prac nanotech-nologicznych [ Pobierz całość w formacie PDF ]