[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.LUCA DI FULVIODRABINA DIONIZOSADla Carli, która jest tym, kim chciałbym być, i bez której nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem.i dla mojego ojca oraz syna Luki, którzy są moją najpiękniejszą przeszłością i najpiękniejszą przyszłością.Gdy chce mieć dzieci, niech będą potworne,Niechaj przed czasem ujrzą światło dzienne,Niech na ich widok szpetny, niezwyczajny,Wszystkie nadzieje matki uschną w pączku.WILLIAM SHAKESPEARE „Król Ryszard III”, akt I, scena IIDioniz nie mniejszy od żadnego z bogów!EURYPIDES „Bakchantki”, epejsodion IIIPROLOGIMorderca wiedział, co to ból.Ponieważ w bólu się zrodził.On sam był bólem.I nie było udręki, której nie zdołałby pokochać.Ponieważ jego ból był dobry.Ponieważ teraz ból jego nędznego ciała stał się jednocześnie jego triumfem i świętem, środkiem wybranym przez los, by dać mu drugie życie.Życie w chwale.Nikt się z niego nie będzie już śmiał.Już nigdy.Mógł pełnymi garściami wybierać z ciałinnych udrękę, którą oni wcześniej wydarli z jego ciała i duszy.Teraz upajał się swoją zemstą.I swoją siłą.I strachem, który oni czuli.Bóg mu na to zezwolił.I dla boga to zrobi.Ponieważ ból go wypełnił.I wysuszył.Nie był człowiekiem.Nigdy nim nie był.Był płodem.Pewnego zamierzchłego wieczoru, szesnaście lat temu, narodził się płód, który w nim odnalazł swój byt.Byt pulsujący nienawiścią, chęcią zemsty, strachem.I miłością.Całkowicie poświęcony bogu.Teraz miał siłę.I powód.I przeznaczenie do wypełnienia.Ponieważ po szesnastu latach - powiedział mu bóg - nadeszła ta chwila.Bóg pokazał mu, kim jest.Ponieważ opowiedział historię, która była jego własną rozkoszą i jego własną największą żądzą.Ponieważ w historii boga znalazła się również jego mała część.Bóg dał mu pana.Pan dał mu siłę.A do tej siły bóg dodał powód.- Teraz - powiedział mu bóg i zniknął w ciemnościach nocy.Był to bóg ubrany jak człowiek.Juffridi usłyszał zajadłe szczekanie psa, a po chwili pukanie do drzwi.Była noc.Chwyciłnóż, który trzymał zawsze za pasem, postawił lampkę oliwną przy drzwiach, otworzył je, cofając się o krok, i wycelował ostry szpikulec w kierunku wejścia.Ale zaraz opuścił broń i zaśmiał się.- A, to ty.szkarado - powiedział.Spojrzał na jego ręce i jeszcze głośniej się roześmiał.-Bałeś się, że zmarzniesz?Ogromna dłoń, okryta czarną, skórzaną rękawicą, chwyciła go za gardło.Potem zaczęła ciągnąć na zewnątrz, w kierunku pieńka, na którym Juffridi rąbał drewno i ucinał kurom głowy.Pies nie przestawał szczekać.Juffridi wbił palce obu rąk w dłonie ściskające go za gardło, na próżno próbując rozluźnić uchwyt.Charczał i wierzgał nogami.W końcu wymierzył z całych sił kopniaka w miejsce, o którym wiedział, że będzie bolało.Usłyszał cichy jęk.Kopnął po raz drugi i kolejny.Kopał w desperacji w najczulsze miejsce szkarady, jakie znał, wiedząc, że na pewno zada mu ból.Ale nie był w stanie przeciwstawić się takiej sile.Może kiedyś, gdy był młody.Ale nie teraz, w wieku sześćdziesięciu lat.Wargi mordercy krwawiły.Nie oddychał.Brak mu było tchu i charczał krwią.Morderca zaczął się bać, że się udusi.Skronie mu pulsowały.Nie czuł rąk.Ani nóg.Nawet z powiek spływała mu krew, która paliła w oczy.Juffridi wiedział, gdzie ugodzić.Kiedy się urodził, wszyscy się z niego śmiali.Z mordercy.Wiedział o tym.Rósł, a oni nie przestawali się z niego śmiać.Także Juffridi się śmiał.Tylko bóg i pan nigdy się z niego nie śmiali.- Teraz - wyszeptał morderca, z trudem poruszając rozciętymi wargami.Nie był człowiekiem.Był bestią.Pchnięty z wielką siłą Juffridi opadł plecami na pieniek.Zapach zgniłej krwi i suchego drewna dotarł do jego nozdrzy.Cały czas przytrzymywała go jedna dłoń.Druga chwyciła topór, którym Juffridi odrąbywał kurze głowy.Zobaczył, jak ostrze unosi się w górze i zaczyna opadać w dół, celując w środek jego klatki piersiowej.Dopiero po chwili rozległ się trzask rozłupanego na pół mostka.I nadszedł ból, gorący, przeszywający.Oczy zaszły Juffridiemu mgłą.I przez mgłę ujrzał mordercę wyciągającego zza paska punktak, używany zazwyczaj przez rzeźników do przygważdżania dużych kawałków mięsa do drewnianych blatów.Z niebywałą siłą narzędzie wbiło się w jego bark, przeszło przez ciało, rozłupało kość, przecięło ścięgna i werżnęło się w środek pieńka.Nadal jeszcze nie dotknęło gardła [ Pobierz całość w formacie PDF ]