[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jego wpółprzymknięte oczy stały się szkliste.–Jezus Maria, znowu to samo – jęknął kucharz.Rozejrzał się wokół, jakby prosząc, żeby ktoś coś zrobił, nikt się jednak nie ruszył.Wszyscy stali i siedzieli tak jak przedtem.–Wiedziałam, że tak będzie – powiedziała Connie gorzkim, oskarżycielskim tonem.Usta fokomelika drżały.–Pytajcie – wybełkotał.– Niech mnie ktoś zapyta.–O co? – rzucił gniewnie kucharz.Machnął ręką ze zniechęceniem, odwrócił się i ruszył do swojego pieca.–Pytajcie – powtórzył Hoppy przytłumionym, dobiegającym jakby z daleka głosem.Patrząc na niego, Stuart zdał sobie sprawę, że to z pewnością jakiś atak… może padaczka.Czuł przemożną chęć, żeby stąd wyjść, a jednak nie mógł się poruszyć i podobnie jak inni wpatrywał się jak zauroczony w Hoppy’ego.–Nie możesz go odwieźć z powrotem do sklepu? – zapytała Connie.– No, wstań i popchnij ten wózek.– W jej oczach było widać gniew.Stuart nie mógł jednak nic zrobić.Zgarbił się i rozłożył ręce, żeby zademonstrować swoją bezsilność.Fokomelik rzucał się na wózku, coś bełkocząc.Plastykowo-metalowe protezy rąk trzęsły się.–Pytajcie – mówił.– Zapytajcie, zanim będzie za późno.Teraz mogę wam powiedzieć.Widzę…–Może ktoś go w końcu zapyta – rzucił głośno stojący przy piecu kucharz.– Niech to się wreszcie skończy.A jeśli nikt się nie zdecyduje, to ja to zrobię: mam parę spraw, które chciałbym wyjaśnić.– Rzucił łopatkę do mięsa i ruszył w stronę Hoppy’ego.– Słuchaj – powiedział.– Ostatnim razem mówiłeś, że wszędzie panuje ciemność, zgadza się? Nie było żadnego światła?Wargi fokomelika wykrzywiły się.–Trochę światła.Słabe.Żółte, jakby już gasło.Za Stuartem pojawił się mężczyzna w średnim wieku, jubiler z przeciwka.–Byłem tu ostatnim razem, jak to się zdarzyło – szepnął mu.– Powiedzieć ci, Stu, co on widzi? Posłuchaj: on widzi drugą stronę.–Drugą stronę czego? – zapytał Stuart, podnosząc się z krzesła, żeby lepiej widzieć i słyszeć.Wszyscy podeszli bliżej, żeby nie uronić nic z tej sceny.–No, wiesz – rzekł pan Crody – to, co po śmierci.Życie pozagrobowe.Możesz się śmiać, ale to prawda.Kiedy napije się piwa, wpada w trans, taki jak teraz, i ma wizje czy coś w tym rodzaju.Spytaj Tony’ego albo Connie, albo któregoś z tych gości, którzy tu byli ostatnim razem.Connie pochylała się nad skurczoną, pokręconą postacią leżącą na wózku.–Hoppy, skąd pochodzi to światło? Czy to Bóg? – Zaśmiała się nerwowo.– No wiesz, tak jak w Biblii? Czy to wszystko prawda?–Szarość, ciemność – wymamrotał fokomelik.– Jak popiół.A potem wielka równina.Nic, tylko ognie, światło płomieni.Palą się przez całą wieczność.Nie ma niczego żywego.–A gdzie ty jesteś? – spytała Connie.–Ja… płynę.Nisko nad ziemią… nie, teraz jestem bardzo wysoko.Jestem lekki, nie mam już ciała, więc mogę latać tak wysoko, jak tylko chcę.Mogę zawisnąć w powietrzu i nie muszę wracać.Podoba mi się tutaj.Mogę okrążać Ziemię bez końca.Jest pode mną i mogę tak krążyć i krążyć…–Eee… Hoppy, czy jest tam ktoś jeszcze? – zapytał jubiler Crody, podchodząc do wózka.– Czy wszyscy jesteśmy skazani na samotność?–Teraz widzę… innych ludzi – bełkotał fokomelik.– Opadam.Staję wśród szarości.Idę.Idę? – zdziwił się Stuart.Na czym? Ładne mi życie pozagrobowe: nogi pozbawione ciała.Zaśmiał się w duchu.Niezły cyrk.Co za idiotyzm.Jednak i on zaczął się przeciskać bliżej, żeby lepiej widzieć Hoppy’ego.–Czy rodzimy się jeszcze raz, jak nauczają na Wschodzie? – zapytała starsza pani w płaszczu.Tak – odparł niespodziewanie Hoppy.– Nowe życie.Mam nowe ciało.Mogę robić wszystko.To byłby jakiś krok naprzód – odezwał się Stuart.–Tak – wymamrotał fokomelik.– Krok naprzód.Jestem taki jak inni.Właściwie nawet lepszy.Mogę robić to co wszyscy i wiele innych rzeczy.Mogę się znaleźć wszędzie, gdzie zechcę, a inni tego nie potrafią.Nie mogą się poruszać.–Dlaczego nie? – zapytał kucharz.–Po prostu nie mogą.Nie mogą się poruszać ani w powietrzu, ani po drogach, ani płynąć statkiem.Są nieruchomi.Zupełnie inni.Widzę ich wszystkich: wyglądają, jakby nie żyli, jakby byli przygwożdżeni do ziemi.Są jak trupy.–Czy mogą mówić?– spytała Connie.–Tak – odparł fokomelik.– Mogą się między sobą porozumiewać.Ale… muszą… – Zamilkł, a potem się uśmiechnął; na jego chudej, wykrzywionej twarzy pojawiła się radość.– Mogą mówić tylko przeze mnie.Ciekawe, co to wszystko ma znaczyć? – zastanowił się Stuart.Brzmi to jak majaczenie kogoś cierpiącego na megalomanię, komu wydaje się, że panuje nad całym światem.Pewnie kompensuje sobie w ten sposób swoje kalectwo – właśnie czegoś takiego można się spodziewać po foce.Kiedy zdał sobie z tego sprawę, cała ta historia przestała go interesować.Wrócił do stolika, gdzie stał jego lunch.–Czy to jest dobry świat? – zapytał kucharz.– Powiedz: jest lepszy czy gorszy niż nasz?–Gorszy – odparł Hoppy.A potem dodał: – Gorszy dla ciebie.Ten świat jest dla każdego tym, na co sobie zasłużył.Jest sprawiedliwy.–Więc dla ciebie jest lepszy.– W głosie Connie zabrzmiało pytanie.–Tak – odparł fokomelik.–Słuchaj, Connie – odezwał się Stuart od stolika.– Nie widzisz, że to jest tylko psychiczna kompensacja jego kalectwa? Takie wizje utrzymują go przy życiu.Nie rozumiem, jak możesz go brać poważnie.–Nie biorę go poważnie – odpowiedziała Connie.– Ale to, co mówi, jest interesujące.Tacy ludzie to media.Czytałam o tym.Wchodzą w trans i porozumiewają się ze światem umarłych, tak jak Hoppy.Nigdy o tym nie słyszałeś? To sprawdzony fakt.Prawda, Tony? – Odwróciła się do kucharza, szukając poparcia.–Sam nie wiem – odparł kucharz z namysłem, idąc w stronę pieca po łopatkę do mięsa.Teraz wydawało się, że fokomelik zapadł głębiej w wywołany piwem trans.Wydawało się, że śpi, że nic już nie widzi, czy może raczej nie jest już świadomy obecności zgromadzonych wokół niego ludzi, że nie próbuje już przekazać im swojej wizji, czy cokolwiek to było.Seans dobiegł końca.Nigdy nic nie wiadomo, pomyślał Stuart [ Pobierz całość w formacie PDF ]