[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nigdy nie przestawało jejzdumiewać, że on potrafi siedzieć pośrodku totalnego bałaganu i nawet tego niezauważać.Wypłukała ściereczkę w zlewie i popatrzyła przez okno.Był pogodny jesiennydzień, jeden z tych, które zachęcają do okręcenia się szalikiem i pójścia na spacerpo dywanie z liści.Nie żeby tu były jakieś liście, pomyślała ponuro.Każdy małyczerwony listek, który odważył się spaść z drzewa, był natychmiast zgarnianygrabiami do jaskrawozielonego kosza na śmieci albo wchłaniany przez ogrodowyodkurzacz.Na całym osiedlu tylko trawnik przed domem Roba i Lucy nie byłstarannie przystrzyżony w równiutki kwadracik.Nawet kwiaty stały wszędzie wkarnych szeregach.Begonie i niecierpki w sąsiednim ogródku zaczynały jużwiędnąć, niebawem zostaną wyrwane i wyrzucone, żeby zrobić miejsce nowymsadzonkom na wiosnę.Tego lata Lucy miała jedyny ogródek w okolicy, który niewyglądał jak wymiociny w technikolorze.Wolała kępki lawendy i polnychkwiatów o miękkich, pastelowych barwach – czy też raczej wolałaby, gdyby udałojej się przekonać Roba, że praca w ogrodzie jest o wiele przyjemniejszym zajęciempodczas weekendów niż wylegiwanie się na kanapie lub chodzenie z dziećmi naobiad do pubu.Rob był całkiem zadowolony z ich nowego miejsca zamieszkania, ale ona niepotrafiła wykrzesać z siebie żadnego entuzjazmu.Poprzedni dom stał się dla nichza ciasny – kiedyś zderzyli się wszyscy w przedpokoju i już myślała, że trzebabędzie wezwać straż pożarną, by ich rozplatała.Lucy chciała po prostu kupić coświększego w tej samej miejscowości, jednak Rob dał się skusić na „małe,ekskluzywne osiedle” na obrzeżach pobliskiej wioski, z osobnymi ogródkami igarażem.Dla niej obecny dom był zupełnie bez duszy, jak budowla z klockówLego.A wszystkie sąsiednie domy były dokładnie takie same – co jejprzypominało koszary.Miała także wrodzoną niechęć do mieszkania w miejscu,gdzie u wejścia powiewały dwie duże flagi.To typowe dla Roba – pierwszy dowyśmiewania pretensjonalnych aspiracji innych, sam uparł się zainwestować wdom powyżej ich możliwości finansowych głównie po to, żeby zaimponowaćswoim rodzicom.Dzięki Bogu, to popołudnie niosło z sobą promyk słońca w postaci ponownegospotkania z Martą.Poznała ją w zeszłym tygodniu na lekcji jazdy konnejdziewczynek.Już po dziesięciu minutach patrzyła z rosnącą nudą i drętwiejącymna twardej ławce siedzeniem, jak ospałe kucyki – koński odpowiedniktrójpalczastego leniwca – chodzą w kółko na lonży z dziećmi na grzbietach.Jeślimały jeździec choć na chwilę przestawał walić drżącymi nogami w bok zwierzęcia,kucyk zapadał w śpiączkę.Nagle furtka gwałtownie odskoczyła w bok i weszławysoka kobieta w ciemnych okularach, tłumiąc pod nosem przekleństwo.Dwiematki, siedzące przed Lucy i z zapałem omawiające zalety szkoły z internatem,spojrzały na nią przez ramię z wyraźnym niesmakiem.Kobieta przesunęła okularyna czubek głowy i zauważywszy wesoły błysk w oku Lucy, odpowiedziałauśmiechem, przysiadając się do niej.– Cześć – szepnęła.– Jestem Marta.Zawsze się musimy spóźnić.Wiedziałam,że to będzie cholernie upierdliwe.Nigdy się nie mogę wyrobić na czas, zwłaszczaw sobotę.Hannah, niezwykle surowa nauczycielka, która zdołała już sterroryzować Lauręi Olivię, patrzyła teraz groźnie na małą dziewczynkę pośpiesznie wciągającąopierającego się kucyka przez ogromną bramę po drugiej stronie.– Mam na imię Lucy – odszepnęła Lucy.– Czy to pierwsza lekcja twojej córki?– Yhm.Dopiero się tu sprowadziliśmy.Do Modrzewiowej Farmy w LowerWinchborough.Lucy spojrzała na nią zdumiona.– Nie wiedziałam, że była wystawiona na sprzedaż.My też mieszkamy wWinchborough.To znaczy, na obrzeżach.– Kupiliśmy ją okazyjnie – rzuciła Marta niedbale.– Od przyjaciół moichrodziców.A ty? Gdzie mieszkasz?– W osiedlu Wiśniowy Sad – powiedziała Lucy, krzywiąc się kwaśno przy tejnazwie.Wszystkie tamtejsze adresy, podkreślające „wiejski” charakter miejsca,brzmiały równie pretensjonalnie: Zaułek Białych Brzóz, Aleja Złocistych Jabłoni.– Wygodnie i blisko – skwitowała Marta.– Doskonale.Niczym nie okazała, że to gorsza strona wioski.Lucy pogratulowała sobie wduchu, że włożyła nową zamszową kurtkę i kaszmirowy szalik, który dostała odmatki na ostatnie urodziny.Marta miała na sobie elegancki płaszcz do kostek,czarne dżinsy i prześliczne skórzane kozaczki na płaskim obcasie.Lucy miałaochotę zapytać, gdzie je kupiła, ale uznała, że jeszcze za wcześnie.– Czy tu zawsze tak wieje nudą? – spytała Marta scenicznym szeptem.Lucy uśmiechnęła się pod nosem.– Jest lepiej niż w zeszłym tygodniu – odszepnęła.– Pozwolili im jeździćtruchtem.– Jezu! – jęknęła Marta i odchyliła się energicznie na drewniane oparcie ławki.– Nikt nigdy nie spadł?– Dotychczas nie.Jeszcze za wolno jeżdżą [ Pobierz całość w formacie PDF ]