[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Porcelanaw najlepszym gatunku.Bezcenna pami ątka z rodzinnychstron.Wspania ły podarunek ofiarowany ze świadomo ści ą,że kolejnego spotkania zapewne nie b ędzie.ROMANS BIUROWY13Byle tylko nie wspomnia ła o sterówce, pomy śla łaz rozpacz ą Eileen.Tego nie znios ę!- Moja babcia stara ła się bardzo, żeby serwis bezpiecznieprzetrwa ł d ług ą podró ż.Wiesz, że ub łaga ła kapitana, abypozwoli ł jej wstawić skrzynię z porcelan ą do sterówki, i.Trafiona, zatopiona!-Poddaj ę si ę! - zawo ła ła Eileen, podnosz ąc r ęce dogóry.Nie mia ła najmniejszej ochoty pracowa ć u Ricka,ale wszystko sprzysi ęg ło się przeciwko niej.By ła świado¬ma, że wpad ła w sprytnie zastawion ą pu łapk ę.- Zgoda.Wezm ę zast ępstwo, ale tylko na dwa tygodnie.Ani dniad łu żej.-Cudownie, dziecinko.- Maggie Ryan si ęgn ę ła pofiliżankę ozdobion ą nik łym szlaczkiem z listków koniczy¬ny.- B ąd ź w biurze Ricka jutro o ósmej.Zawiadomi ę go,żeprzyjedziesz.- Od pocz ątku wiedzia ła ś, że się zgodz ę, prawda?Maggie Ryan u śmiechn ę ła się tylko.- Powiniene ś wiedzie ć, że jeszcze ci nie wybaczy łamtamtej afery z lalką Barbie.Rick Hawkins popatrzy ł na wysoką, elegancko ubran ą,rudow łos ą dziewczyn ę, która przed chwil ą wesz ła do jegobiura.Twarz mia ła zas ępion ą, ale ponura mina jej nieszpeci ła.Oczy by ły zmru żone, lecz dostrzeg ł ich g ł ębi ę,blask i pi ękny kolor.Zauwa ży ł od razu du że, pi ęknie wy¬krojone usta i ładne brwi.Rudoz łote w łosy l śni ącymi fa¬lami opada ły na ramiona.14MAUREEN CHILDEileen w ło ży ła dzi ś eleganck ą bia ł ą bluzk ę i szerokieczarne spodnie oraz l śni ące ciemne buty, których czubkiwystawa ły spod mankietów.W uszach mia ła m a ł e srebrnekó łka, a na przegubie lewej r ęki prosty zegarek ze srebrn ąbransoletk ą.Żadnych pier ścionków, paznokcie pomalo­wane bezbarwnym lakierem.Sprawia ła wra żenie rzeczo¬wej i godnej zaufania.Budzi ła szacunek.Wygl ąda ła świet¬nie, po prostu rewelacyjnie.Rick uzna ł, że nie powiniens łucha ć babci.Czeka ły go d ługie i wyczerpuj ące dwatygodnie.- Mia ła ś wtedy jedena ście lat - przypomnia ł w ko ńcu.-A ty prawie szesna ście - odpar ła.- By ła ś jak zaraza.- Kiedy teraz na ni ą patrzy ł, z tru¬dem wierzy ł, że dawniej sam ą swoją obecno ści ą dzia ła łamu na nerwy i zatruwa ła życie.Troch ę go niepokoi ły te spostrze żenia.Raz da ł się oma¬mi ć urokowi ślicznej buzi.Zaufa ł tamtej pi ękno ści, uwie¬rzy ł jej.Niestety, odesz ła.Jak wszystkie kobiety Ucz ącesię w jego życiu.z wyjątkiem babci, która wychowa łago, kiedy matka uzna ła, że najbardziej ceni sobie poczucieswobody i nie ma ochoty marnowa ć czasu na piastowaniebachora.Eileen kiwn ę ła g łow ą, uznaj ąc jego punkt widzenia.-S łuszna uwaga, ale nie musia łe ś z tego powodu ob¬cina ć g łowy mojej Barbie.- Zapewne, lecz po tamtym incydencie zostawi ła śmnie w spokoju.- U ś m i e c h n ą ł si ę z roztargnieniem,wspominaj ąc m łodzie ńcze lata.ROMANS BIUROWY15- Jasne.- Zniecierpliwiona splot ła ramiona na piersi,tupi ąc stopą o szaroniebieski dywan.- To jawna oznaka,że posiadasz mordercze sk łonno ści.- Wybacz, że dot ąd ich nie ujawni łem.Wysz łoby natwoje.Jak widzisz, mimo wszystko nie wyros łem na se¬ryjnego morderc ę.Jestem zwyk łym cz łowiekiem interesu.- Żadna ró żnica.- Eileen wzruszy ła ramionami.Równie zadziorna jak w dzieci ństwie, pomy śla ł Rick,kiwając głową.Zawsze gotowa spiera ć się i broni ć swegozdania.Zapewne przez te w łosy.Wszystkie rude mająogromny temperament.Pozosta ła kobiet ą z charakterem,wi ęc mo że jednak uda się im jako ś dogada ć.Przynajmniejnie b ędzie nudno.Wola ł awanturnice ni ż intrygantki.- M a m rozumie ć, że przez dwa tygodnie b ędziemytoczy ć w tym biurze prywatn ą wojn ę? Je śli tak.- Nie - przerwa ła, rzucając czarn ą torebk ę na biurko,które przez czterna ście dni mia ło nale że ć do niej.- Troch ęci dokuczam, ale bez z łej woli.Spokojnie, jeszcze niepodpad łe ś.- Jestem ci z tego powodu dozgonnie wdzi ęczny - od¬par ł ironicznie.- Bardzo m ądrze z twojej strony.- Zawrzyjmy pokój, zgoda? Naprawd ę ul ży ło mi, kie¬dy us łysza łem, że zgodzi ła ś się tu popracowa ć.M ó w i ł szczerze.Nie potrafi ł obejść się bez sekretarki,z drugiej strony jednak obawia ł się, że w obecno ści Eileentrudno mu b ędzie skupi ć się na pracy.- No prosz ę! - U śmiechni ęta Eileen unios ła brwi.-16MAUREENCHILDRzeczywi ście zmieni łe ś się na lepsze.Ani razu nie nazwa¬łe ś mnie Tyczk ą jak za dawnych lat.- Zgadza się.- Obrzuci ł j ą bystrym spojrzeniem.Nieprzypomina ła chudej, ko ścistej dziewczynki z d ługimiwarkoczami oraz mnóstwem ran i zadrapa ń na kolanach,które nigdy się nie goi ły.Ta urodziwa panna bardzo sięró żni ła od natr ętnego bachora przezywanego Tyczką.-Obiecuj ę u żywa ć wy ł ącznie twego imienia.Żadnych złoś¬liwych przezwisk.Zreszt ą ju ż do ciebie nie pasują.Podzi ękowa ła skinieniem g łowy.Rick odniós ł wraże¬nie, że przynajmniej na pewien czas zawarli rozejm.- Dawno się nie widzieli śmy - zagadn ę ła.-Racja.Od ich ostatniego spotkania m i n ę ł o sześć lat.W dzie¬ci ństwie cz ęsto widywa ł się z dziewczynkami Ryanów,poniewa ż jego babcia by ła zaprzyja źniona z Maggie [ Pobierz całość w formacie PDF ]