[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Donald się uchylił, filiżanka się potłukła, a po ścianie w kolorze złamanej bieli spłynęły trzy długie, brązowe strugi.– Tak jest, daj wyraz swojemu gniewowi – pochwalił ją.– Wiem, że jesteś zaniepokojona.Jak już odzyskasz równowagę, będziemy mogli porozmawiać racjonalnie i może uda się nam dotrzeć do źródła problemu.Angela wzięła ją za ramię, ale Jessie strąciła jej dłoń i wstała, zaciskając pięści.– Pójdź do mojej sypialni, ty głąbie, pójdź tam, rozejrzyj się, a potem wróć i powiedz mi, co tam zobaczyłeś.– Jak sobie życzysz – odparł Donald.Poszedł do sypialni i wrócił po paru chwilach.– Już– oznajmił cierpliwym tonem.– I co? – zapytała Jessie.Wzruszył ramionami.– Okropny bałagan – stwierdził.– Majtki walają się po podłodze razem z mnóstwem rozdeptanych serowych chrupek.Powiedz mi, co to twoim zdaniem oznacza.– On się tu włamał! – zawołała Jessie.– Człowiek w kształcie gruszki? – zapytał ze spokojem Donald.– Pewnie, że on! – wrzasnęła dziewczyna.– Zakradł się tu, kiedy nas nie było, przeszukałmoje rzeczy i schował cheez doodles w mojej bieliźnie.On tu był! Dotykał moich rzeczy.Mina Donalda wyrażała cierpliwą, pełną współczucia mądrość.– Jessie, moja droga.Chcę, żebyś zastanowiła się nad tym, co przed chwilą powiedziałaś.– Nie ma się nad czym zastanawiać!– Oczywiście, że jest – nie ustępował.– Przemyślmy to razem.Myślisz, że człowiek w kształcie gruszki tu przyszedł?– Tak.– A po co?– Żeby.żeby zrobić to, co zrobił.To obrzydliwe.On jest obrzydliwy.– Hm – mruknął Don.– Ale jak tu się dostał? Zamki zmieniono, pamiętasz? Nie może nawet wejść do środka.Nigdy nie miał klucza do tego mieszkania.Nie ma śladów włamania.To jak zdołał tu wejść ze swoją torbą serowych chrupek?Jessie nie dała się zaskoczyć.– Angela zostawiła w salonie otwarte okna – oznajmiła.– To prawda – przyznała wstrząśnięta Angela.– Och, Jessie, kochanie, tak mi przykro.Był upał.Chodziło mi o przeciąg.Nie chciałam.– Okna są zbyt wysoko, żeby dostać się do nich z chodnika – zauważył Donald.–Musiałby mieć drabinę albo coś, na co mógłby się wspiąć.Musiałby to zrobić w biały dzień, na ruchliwej ulicy, gdzie ciągle chodzą ludzie.Jest jeszcze problem siatki na muchy.Poza tym on raczej nie wygląda na zbyt wysportowanego.– Zrobił to – nie ustępowała Jessie.– Przecież tu był, prawda?– Wiem, że tak sądzisz.Nie chcę zaprzeczać twoim wrażeniom, tylko je zanalizować.Czy zaprosiłaś tego człowieka w kształcie gruszki do mieszkania?– Ależ skąd! – zawołała dziewczyna.– Co chcesz zasugerować?– Nic, Jessie.Zastanów się nad tym.Wszedł przez okno z tymi chrupkami, które chciałpodrzucić do twoich szuflad.Świetnie.Skąd wiedział, który pokój jest twój?Jessie zmarszczyła brwi.– Nie.nie mam pojęcia.Pewnie przeszukał mieszkanie.– I co mu to dało? Macie tu trzy sypialnie, jedna z nich jest pracownią, a w dwóch pozostałych jest pełno kobiecych ubrań.Jak poznał właściwy pokój?– Może zrobił to w obu.– Angelo, czy mogłabyś sprawdzić swoją sypialnię?Angela wstała niepewnie.– Hm – powiedziała.– zgoda.– Jessie i Donald spoglądali na siebie, aż wreszcie po jakiejś minucie wróciła.– Wszystko w porządku – oznajmiła.– Nie wiem, w jaki sposób odgadł, że to mój cholerny pokój – upierała się Jessie.– Wiem tylko, że to zrobił.Musiał to zrobić.Jak inaczej wytłumaczysz to, co się zdarzyło, hę?Myślisz, że to wszystko moja robota?Donald wzruszył ramionami.– Nie mam pojęcia – odparł ze spokojem.Obejrzał się przez ramię, zaglądając do pracowni.– Ale to dziwne.Ten obraz, na którym jesteś ty i on.Musiał go przemalować innym razem, po tym, jak go skończyłaś, ale jeszcze przed odesłaniem go do wydawnictwa.W dodatku to dobra robota.Prawie tak samo dobra jak twoja.Jessie ze wszystkich sił starała się nie myśleć o obrazie.Otworzyła usta, żeby rzucić w Dona jakąś uwagą, ale nic nie chciało z nich wyjść.Zamknęła je.W kącikach jej oczu pojawiły się łzy.Nagle poczuła się bardzo zmęczona, zbita z tropu i samotna.Angela podeszła do Donalda i stanęła obok niego.Oboje patrzyli na nią.Jessie spojrzała bezradnie na własne dłonie.– I co mam teraz zrobić? – zapytała.– Boże, co mam teraz zrobić?Bóg jej nie odpowiedział, ale zrobił to Donald.– Masz tylko jedno wyjście – oznajmił.– Musisz stawić czoło własnym lękom.Wyegzorcyzmować je.Zejdź na dół i porozmawiaj z nim.Poznaj go.Kiedy wrócisz na górę, będziesz czuła do niego litość, pogardę albo niechęć, ale nie będziesz już się go bała.Zrozumiesz, że jest tylko człowiekiem i do tego raczej żałosnym.– Jesteś tego pewien, Don? – zapytała Angela.– Absolutnie.Staw czoło swojej obsesji, Jessie.Tylko w ten sposób będziesz się mogła od niej uwolnić.Zejdź do piwnicy i złóż wizytę człowiekowi w kształcie gruszki.* * *– Nie masz się czego bać – powtórzyła Angela.– Łatwo ci mówić.– Posłuchaj, Jess, kiedy tylko wejdziesz do środka, wyjdziemy z Donem z mieszkania i usiądziemy na ganku.Wystarczy, że cichutko krzykniesz, a natychmiast przybiegniemy ci na pomoc.Nie będziesz sama, nie tak naprawdę.A poza tym wciąż masz w torebce ten nóż, zgadza się?Jessie skinęła głową.– No widzisz? Pamiętasz, jak ten złodziej próbował ci wyrwać torebkę? Zdrowo go dziabnęłaś.Jeżeli człowiek w kształcie gruszki spróbuje coś ci zrobić, jesteś wystarczająco szybka.Pchnij go nożem.Ucieknij.Zawołaj nas.Nic ci nie grozi.– Pewnie macie rację – przyznała Jessie z cichym westchnieniem.Mieli rację.Wiedziała o tym.Jej obawy nie miały sensu.Człowiek w kształcie gruszki był brudnym, cuchnącym, nieatrakcyjnym mężczyzną, być może trochę upośledzonym umysłowo, ale z pewnością potrafi sobie z nim poradzić, nie miała powodu się go bać, nie chciała stracić zmysłów, a pozwalała, żeby ta śmieszna obsesja pożerała ją żywcem, pora już była z tym skończyć.Donald miał absolutną rację, sama to sobie robiła, ale teraz weźmie się w garść i położy temu kres.No jasne.to miało sens.nie miała powodów do obaw.Co w końcu mógł jej zrobić człowiek w kształcie gruszki, co aż tak przerażającego mógł jej zrobić? Nic.Nic.Angela poklepała ją po plecach.Jessie zaczerpnęła głęboko tchu, złapała mocno za klamkę i wyszła na dwór, w gorące, parne, wieczorne powietrze.Wszystko było pod kontrolą.Dlaczego więc tak się bała?* * *Noc jeszcze nie zapadła, ale pod schodami było już zupełnie ciemno.Tu dzień nigdy nie docierał.Rankiem słońce zasłaniał ganek, a po południu sam budynek.Było tu ciemno, bardzo ciemno.Potknęła się o szparę w cemencie i z głośnym brzękiem uderzyła stopą o metalową puszkę na śmieci.Zadrżała, wyobrażając sobie muchy, czerwie i inne, gorsze stworzenia, które lęgły się i roiły tam, gdzie nigdy nie docierało światło słońca.„Nie, nie wolno mi o tym myśleć, to tylko śmieci, rozkładające się i psujące w ciepłej, wilgotnej ciemności.Nie wolno mi się nad tym zastanawiać”.Uniosła rękę, żeby zapukać, i nagle znowu zawładnął nią strach.Nie mogła się ruszyć.„Nie ma się czego bać” – powtarzała sobie.„Co może mi zrobić?” Mimo to nie potrafiła zdobyć się na to, żeby zastukać do jego drzwi [ Pobierz całość w formacie PDF ]