[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ale Konował do tego nie dopuścił i wsadził mu strzałę w bok, by pokazać, że nie żartuje.— Czy tak postępuje przyjaciel?Rzucił mi jedno ze swych zagadkowych spojrzeń.— Może bardziej zależało mu na niej niż na tobie.Słyszałem, że spędzili razem wiele czasu.Także noce.Poza tym wiesz, że faceci mają fioła na punkcie braterstwa.Kompania jest ich rodziną i trzymają się razem choćby przeciwko całemu światu.Sam mi o tym opowiadałeś.Mogłem powiedzieć mu więcej.Jak traktowani byli bracia, którzy zdradzili.Ale nie chciałby słuchać.Nie było w walce drugiego takiego jak Kruk.Nie cofnąłby się przed nikim i niczym.Ale jeśli coś zaczynało wiązać go uczuciowo, był gotowy spakować manatki i prysnąć w ciągu minuty.Dlatego porzucił Kompanię, a potem Pupilkę.Ale w odróżnieniu od niego oni umieli sobie z tym poradzić.Sądzę, że najgorszym numerem, jaki wywinął, i co wciąż najbardziej go gryzło, było porzucenie własnych dzieciaków.Zostawił je, kiedy zaciągnął się do Czarnej Kompanii.Być może miał wówczas swoje powody, żeby tak zrobić.Uważa przynajmniej, że były wystarczające.Ale nic nie zmieni tego, że porzucił je w wieku, kiedy nie były w stanie same o siebie zadbać.Nie umieścił ich w żadnym dobrym miejscu.Nigdy nie wspomniał nawet, że ma dzieci.Napomknął o tym dopiero mnie, kiedy jako Corbie próbował je odnaleźć.Powinny być teraz dorosłe.Jeśli przeżyły.Niczego się nie dowiedział.Wyglądało na to, że teraz znowu się tym zajmie.Nie miał nic do roboty.Przebąkiwał coś na ten temat, kiedy przedzieraliśmy się przez las, kierując się na południe.Dotarliśmy do Wiosła.Wstąpił na kielicha i utknął w knajpie.Ja też wstąpiłem na jednego.Potem były dziewczynki i wszystko to, bez czego musi obejść się facet przebywający dłuższy czas w lesie.Zajęło mi to cztery dni, a później jeszcze jeden, żeby wyleczyć kaca.Kruk dopiero zaczynał się rozkręcać.Znalazłem tanie mieszkanie dla nas dwóch, po czym nająłem się do ochrony pewnej bogatej rodziny.Praca była lekka.Krążyło mnóstwo plotek o wydarzeniach w Krainie Kurhanów.Bogaci przewidywali ciężkie czasy i zapewniali sobie opiekę najemnych żołnierzy.Przez jakiś czas w mieście przebywała też Pupilka ze swoją bandą.Była też Czarna Kompania, ale nie natknęliśmy się na nikogo z nich.VJuż po czterech dniach Smeds miał szczerze dość pomysłu Tully'ego.Noce w lesie były zimne i nie było gdzie się ukryć przed deszczem.Prześladowały ich całe chmary robactwa, przy którym pospolite wszy, pchły i domowe pluskwy były niczym.Nie było mowy o wygodnym śnie na ziemi.Nawet jeśli udało im się zasnąć, przy całej wrzawie, jaką wzbudzały nocne stworzenia leśne, to zawsze pod posłaniem znalazł się jakiś kamień, patyk lub korzeń, który uwierał nieznośnie.No i był jeszcze ten stary sukinsyn Ryba.Odzywał się tylko po to, żeby szydzić z ich nieznajomości lasu.Jakby bez tego nie można było przeżyć po Północnej Stronie.Smeds z przyjemnością poderżnąłby mu gardło.Timmy Locan też nie był lepszy.Mały, rudy karzeł, któremu nie zamykała się gęba.Ale ten przynajmniej był zabawny.Znał chyba wszystkie kawały i umiał je dobrze opowiedzieć.Smeds chciał zapamiętać chociaż połowę, żeby móc później zabawiać kumpli.Ale nawet gdyby zdołał je spamiętać, nigdy nie potrafiłby ich tak opowiedzieć.Zresztą, nawet najlepszy dowcip robi się nudny po czterech dniach.Poza tym ten mały kutas nigdy nie zwalniał tempa.Zrywał się każdego ranka, jakby miał przed sobą najlepszy dzień swego życia — i pędził, jakby go ścigali.Karły mają opinię raczej wrednych i zarozumiałych niż wesołych ludzi.Smeds nie miał więc wyrzutów sumienia, gdy czasami szturchnął Locana albo kazał mu się zamknąć.Najgorsze jednak było to, że gdyby natknęli się na kogoś, kto chciałby się koniecznie dowiedzieć, co tu robią, lub kto mógłby ich zapamiętać i kiedyś rozpoznać, musieliby zawrócić.Przedzieranie się przez leśny gąszcz było koszmarem.Nawet z takim przewodnikiem jak Ryba.Tully nienawidził tej wędrówki jeszcze bardziej niż Smeds, ale to on podtrzymywał kuzyna na duchu.Smeds musiał przyznać im rację.Był jednak coraz mniej przekonany, że cała wyprawa warta była siniaków od uderzeń gałęzi, ran od kolców dzikiej róży i tych cholernych pajęczyn przylepiających się do twarzy.Kolejną udręką były pęcherze na nogach.Pojawiły się, zanim jeszcze Wiosło zniknęło im z oczu.Smeds przestrzegał wskazówek Ryby, ale było coraz gorzej.Jak na razie przynajmniej uniknął zakażenia.Za to ten świr Timmy bez przerwy raczył go uroczą opowiastką o facecie, który zainfekował pęcherze i trzeba było obciąć mu nogi.Niech to szlag.Po czterech nocach spędzonych w lesie Smeds nie miał już problemów z zasypianiem.Doszedł do stanu, w którym zasypiał, jak tylko przestawał maszerować.— Zaczynasz nabierać krzepy, Smeds.Jeszcze zrobimy z ciebie mężczyznę — zauważył Ryba.Mógłby go za to zabić, ale najpierw musiałby zdjąć ładunek z pleców i zrobić jeszcze parę kroków, a to było ponad jego siły.Już sam nie wiedział, co było gorsze.Ryba, bąble czy ładunek.Musiał taszczyć osiemdziesiąt funtów ekwipunku, w tym jedzenie, którego jakby wcale nie ubywało.Po ośmiu dniach dotarli do celu.Było południe.Smeds stanął na skraju lasu i gapił się na Krainę Kurhanów.— I po to było całe to zamieszanie? Tu nic nie ma.Rzucił bagaż na ziemię, usiadł ciężko pod drzewem i zamknął oczy.— Kiedyś było tu inaczej — przyznał stary Ryba.— Masz jakieś imię, starcze?— Ryba.— Tylko tyle?— Ryba to dobre imię.Mało rozmowny, sukinsyn.— Czy to jest nasze drzewo? — zapytał Timmy.— A widzisz jakieś inne? — odpowiedział Tully.— Kocham cię, drzewko.Dzięki tobie będę bogaty — rozczulił się karzeł.— Rybo — powiedział Tully — sądzę, że powinniśmy trochę odsapnąć, zanim się do tego zabierzemy.Smeds zerknął na kuzyna spod uchylonych powiek.Była to pierwsza prośba o odpoczynek od czasu, kiedy wyruszyli.Czyżby Tully-ważniak pękł? Jego milczenie pomagało Smedsowi wziąć się w garść [ Pobierz całość w formacie PDF ]