[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Dobił interesu z twoim ojcem, który uparł się, abyśmy wraz z angielskim doradcą prawnym Saxtona, Danielem Boyntonem, zaaranżowali transfer dwudziestu tysięcy funtów na konto pana Saxtona.Powinienem był się domyślić, że twój ojciec zastawił wszystko, by zdobyć tę sumę, lecz jakoś uszło to mojej uwagi.Boynton i ja podpisaliśmy dokumenty, które miały zabezpieczyć inwestycje twego ojca.Otóż, gdyby kopalnia kwarcu - pewny interes, według Saxtona - nie przyniosła takiego dochodu, jaki obiecywał, zgodził się on podpisać dokument, w którym przekazywał twemu ojcu część praw własności do świetnie prosperującej, czynnej kopalni złota.Saxton przedstawił dowód, iż kopalnia rzeczywiście przynosi dochód.W kilka miesięcy później opuścił Anglię i wszelki ślad po nim zaginął.Twój ojciec zaczął popadać w rozpacz.Wreszcie, mniej więcej na dwa miesiące przed jego śmiercią, doradca Saxtona poinformował mnie, iż pan Saxton przysłał mu list, w którym donosił, że interes z kopalnią kwarcu okazał się absolutnym niewypałem.Odmówił też honorowania umowy.Twój ojciec przyjął to bardzo źle.- Ależ to nie do wiary, wujku, po prostu nie do wiary!- Nie tak zupełnie, moja droga.Przyznam, że od początku byłem mocno sceptyczny, jeśli chodzi o ten interes, ale twój ojciec.- Wzruszył ramionami.- Zapewniał mnie, że ten Saxton ma w Londynie wpływowych przyjaciół.Ufał mu.- A kim są ci jego wpływowi przyjaciele?- Nie powiedział.Z jakiegoś tajemniczego powodu wolał zatrzymać to dla siebie.I choć zdeklarowałem się, że nadam sprawie dalszy bieg, on się uparł, że załatwi wszystko sam.- Najwidoczniej odmówili udzielenia mu pomocy.A co z tym doradcą Saxtona, Boyntonem? Z pewnością musiał o wszystkim wiedzieć!- I znów, moja droga, nie potrafię ci na to odpowiedzieć.Widzisz, biedny Boynton zmarł na apopleksję kilka tygodni przed śmiercią twojego ojca.Chauncey wpatrywała się w niego bez słowa.Gdybym była synem, nie córką, myślała, z pewnością ojciec pozwoliłby mi sobie pomóc.- Z tego, co usłyszałam, jasno wynika, że nie bardzo wierzysz, iż ta kopalnia kwarcu kiedykolwiek istniała - powiedziała.- Wszystko możliwe, Chauncey.Obawiam się, że nigdy nie poznamy prawdy.- A co na to prawo? Czy nic już nie da się zrobić? - zapytała drżącym głosem.- Droga Chauncey, Delaney Saxton mieszka w San Francisco, mieście położonym w Kalifornii.To wiele tysięcy mil stąd.Uwierz mi, kiedy twój ojciec wyznał, że straci wszystko, jeżeli Saxton nie wywiąże się z umowy, powiadomiłem o całej sprawie zaprzyjaźnionego bankiera z Nowego Jorku.Przeprowadził dochodzenie, ale niczego nie odkrył, a kontynuowanie badań kosztowałoby zbyt wiele pieniędzy.Ani twój ojciec, ani ja nie posiadaliśmy takiej sumy.Bo, widzisz, nic nie zostało.Chauncey zamknęła na chwilę oczy.Dlaczego ojciec jej się nie zwierzył? Czy nie zdawał sobie sprawy, że zrobiłaby dla niego wszystko? Zamiast tego odebrał sobie życie z powodu pieniędzy.i pozostawił ją samą, na łasce ciotki.Poczuła, jak na myśl o jego tchórzliwym zachowaniu ogarnia ją gniew.Czym prędzej zdusiła go w sobie.Z pewnością ojciec nie myślał jasno.No i spodziewał się, że ona jednak zostanie żoną Guya Danforda.- Pieniędzy jak nie było, tak nie ma.Ani grosza! A temu kanciarzowi, temu wstrętnemu łajdakowi ujdzie to na sucho!- Chauncey, kochanie, jesteś przemęczona i wytrącona z równowagi.Musisz się uspokoić.Co ze mnie za bezmyślny głupiec, że ci o wszystkim opowiedziałem!Chauncey zapanowała nad ogarniającą ją histerią.Świat nigdy dotąd nie wydawał jej się tak ponury.- A ja mogę co najwyżej zostać panną sklepową i szyć kapelusze.- Roześmiała się.- Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że nie umiem szyć!- Chauncey, proszę.Zostaniesz u wuja i ciotki.Wkrótce zapewne wyjdziesz za mąż, a smutne wspomnienia zblakną i odejdą w niepamięć.Sama się przekonasz.Dziewczyna wstała, wyprostowała ramiona i powiedziała stanowczo:- Nie, wujku Paulu, ja nie zapomnę.Nigdy.Paul Montgomery spojrzał na jej ściągniętą twarz.Dumna i bezradna, pomyślał.To całkiem prawdopodobne, że nie zapomni, lecz to jej nie pomoże.Nic jej nie pomoże.Nie odezwawszy się już ani słowem, odprowadził dziewczynę do wyjścia.ROZDZIAŁ 2- To dla mnie, ciotko? - zapytała Chauncey, w najwyższym stopniu zdumiona.Ciotka obdarzyła dziewczynę szerokim, cokolwiek sztucznym uśmiechem.- Oczywiście, moja droga Elizabeth.To twoje urodziny, czyż nie? Dość już tej czerni, pora na zmiany.Chcemy trochę podnieść cię na duchu, kochanie.Nie wierzę, aby twój ojciec życzył sobie, byś chodziła w tych ponurych żałobnych strojach dłużej niż przez pół roku.Wrażenie nierealności nie opuszczało Chauncey.Ściskała w dłoni skraj jedwabnej lawendowej sukni.Ciotka Augusta uśmiecha się do niej? Daje jej prezenty? Najwidoczniej świat przewrócił się do góry nogami.Przesunęła bezmyślnie spojrzeniem po salonie ciotki, zastawionym masywnymi, ciemnymi meblami, pełnym ciężkich, obszytych frędzlami draperii i zapełniających każdy kąt gratów.Co za udręka wszystko to odkurzać, powiedziałaby zapewne Mary.- Będzie ci w niej do twarzy, kuzynko - oznajmił Owen, podchodząc bliżej.- Chociaż i tak wyglądasz pięknie.Chauncey spojrzała na kuzyna.Wpatrywał się w nią z wyrazem szczerego podziwu.On kłamie, uświadomiła sobie.Przecież nie znosi mnie z całego serca!Wuj Albert chrząknął, ale, zganiony spojrzeniem żony, nie odezwał się.- Droga Elizabeth - odezwała się ciotka [ Pobierz całość w formacie PDF ]