[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ściany wyburzono, alenie trudzono się z wyniesieniem gruzu – kawały betonu walały się po podłodze, oświetlone jedynie blaskiem niewielkich latarenek i choinkowych lampek.Meble, każdy z innej bajki, porozstawiano bez ładu i składu.Był tu nawet przerobiony na kącik jadalny, pozbawiony niektórych części samochód.– Okej? – zapytała Katalina.Przywarłam mocniej do Tamása i skinęłam głową.– Jest bosko.Chłopak pociągnął mnie w stronę baru.Wyciągnęłam dwieście forintów i zaekwiwalent dziesięciu dolców kupiłam drinki dla wszystkich.Ceny były niesamowite.Powinnam rozważyć emigrację.I rozważyłabym, gdyby nie jedna, bardzo bolesna dla mnie kwestia.Z jakiegoś nieznanego mi powodu w Europie serwowali tequilę z cytryną, a nie z limonką.Za każdym razem, gdy zamawiałam shoty, barmani patrzyli na mnie, jakbym życzyła sobie szczyn słonia… Żaden z nich nie potrafił pojąć magicznej mocy mojej ulubionejtrucizny.Mogłabym milczeć jak zaklęta, a moje alkoholowe preferencje i tak wydałyby mnie jako turystkę.Z limonką, czy z cytryną, zawsze najbardziej lubiłam tequilę.Później Tamás kupił mi gin z tonikiem, mieszankę, z którą zapoznałam się kilka dni wcześniej i która sprawiła, że brak margarity w tej części świata stał się jakby mniej bolesny.Oczy chłopaka rozwarły się szeroko, gdy wypiłam drink duszkiem, zupełnie jak lemoniadę w gorący teksański dzień.Oblizałam wargi i przyjęłam kolejną szklankę, tym razem od Istvána.Tamás gestem zachęcił mnie do powtórzenia wyczynu.Gin z tonikiem był słodki i kwaskowy jednocześnie.Zdecydowanie wolałabym tequilę, ale kim byłam, byodrzucić zaproszenie? Nagrodzili mnie oklaskami.Zawsze lubiłam wzbudzać zachwyt.Chwyciłam chłopaków za ramiona i odciągnęłam ich od baru.Sąsiednia sala była pełna tańczących ludzi i właśnie tam chciałam się znaleźć.Katalina i András podążyli za nami.Oryginalny wystrój wnętrza sprawiał trochę problemów.Na drodze doupragnionego parkietu leżała zgrabna kupka gruzu.Nawet nie musiałam patrzeć na moje zabójcze turkusowe szpilki, żeby wiedzieć, że żadną miarą nie uda mi się wyminąć jej z gracją.Tamás był wyższy, ale to István dysponował potężniejszą muskulaturą, więc to na nim się uwiesiłam.Zrozumiał mnie w mgnieniu oka.Bez słowa (w obojętnie jakim języku) i bez wysiłku wziął mnie na ręce i przycisnął do szerokiej piersi.Miałam nosa, że tej nocy wybrałam obcisłe dżinsy zamiast krótkiej kiecki.– Köszönöm – powiedziałam, choć to raczej on powinien mi dziękować za nieograniczoną możliwość podziwiania mojego dekoltu.Nie przeszkadzało mi to, że się gapi.Świat utonął w głośnej muzyce i czułam przyjemne ciepło po wypitym wcześniej alkoholu.Moja beznadziejna rodzina była tysiące kilometrów ode mnie, w tym samym miejscu, co problemy i wątpliwości.Zbyt daleko, by się nimi martwić.Byłam, gdzie chciałam być, i robiłam to, czego pragnęłam.Och, oczywiście, nie miałam złudzeń dotyczących nowych znajomych.Najprawdopodobniej szlajali się ze mną tylko dla kasy i seksu, ale… Chcieli mnie.A lepiej być chcianym dla czegoś niż nie być chcianym w ogóle.Takie jest życie.Coś za coś.Wiedziałam o tym i akceptowałam to.István objął mnie mocniej ramionami i prawie rozpłynęłam się pod jego dotykiem.Ojciec lubił powtarzać, a raczej wrzeszczeć, że niczego w życiu nie potrafię docenić.Błąd.Potrafiłam docenić męskie ciało w całej jego morderczej doskonałości.István grał w piłkę nożną i cały składał się z twardych mięśni i napiętych ścięgien.Gdy opuszczał mnie niechętnie na parkiet, przesunęłam dłonie na jego biodra i przygryzając wargi, spojrzałam na niego spod opuszczonych rzęs.Jeśli poprawnie odczytałam wyraz jego twarzy, trafiłam w dziesiątkę.Nie byliśmy jednak sami.Poczułam za sobą obecność Tamása i pomyślałam, że w sumie nigdzie się nie spieszę.Zatraciłam się w muzyce, alkoholu i przyjemności bycia uwięzioną pomiędzy dwoma fantastycznymi egzemplarzami gatunku homosapiens.Czas nie miał znaczenia, liczył się w oddechach, dotyku rąk i kroplach potu.Później były kolejne drinki, kolejne piosenki przechodzące płynnie jedna w drugą, kolejne barwy rozbłyskujące pod zamkniętymi powiekami.Przez tych kilka chwil, minut, może godzin, po prostu byłam.Jak białe, czekającena zamalowanie płótno.Bagaż został za drzwiami.Przyszłość nie istniała.Perfekcyjna noc.Między dwoma boskimi ABSami nie ma miejsca na zmartwienia.O! To mogłoby być moje nowe motto!Wcisnęłam w rękę Istvána kilka banknotów i pokazałam na migi, by kupił kilka drinków, a potem, gdy zniknął, obróciłam się ku Tamásovi.Tak długo tkwiłprzyciśnięty ciasno do moich pleców, że zapomniałam o tym, jak bardzo jest wysoki.Odchyliłam się lekko, by spojrzeć mu w twarz, a wtedy jego dłonie płynnym ruchemześlizgnęły się na mój tyłek.– Ktoś jest strasznie szczęśliwy, że ma mnie tylko dla siebie – mruknęłam z krzywym uśmiechem.Przyciągnął mocno moje biodra i poczułam, że naprawdę jest cholernie szczęśliwy.– Piękna Amerykanka – powiedział.No tak.Nie ma sensu tracić energii na dowcipną gadkę, której koleś zupełnie nie zrozumie.Miałam lepszy pomysł.Zarzuciłam mu ramiona na szyję i uniosłam głowęw uniwersalnym komunikacie „pocałuj mnie”.Tamás nie tracił czasu.W ogóle.Od zera do setki w ciągu sekundy.Nie zdążyłamnawet mrugnąć, a jego język zapoznawał się już z dolnymi partiami mojego gardła.Czułam się, jakby zaatakował mnie jakiś jaszczur.Obydwoje byliśmy nieźle zalani, może dlatego nie zorientował się, że jest na świetnej drodze, żeby przywołać mój ostatni posiłek.Wycofałam się ostrożnie, a wtedy chwycił zębami moją dolną wargę.Nigdy nie miałam nic przeciwko podgryzaniu, ale Tamás przyssał się do mnie i nieprzestawał ciągnąć.Stał i ssał bez końca, aż zaczęłam liczyć w myślach, ciekawa, kiedy mu się znudzi.Kiedy dojechałam do piętnastu (PIĘTNASTU!) sekund, zauważyłam jakiegośgościa, który siedział przy barze i obserwował moje dylematy z szerokim uśmiechem.Życzyłam mu w duchu wszystkiego najgorszego.Pozbierałam się wreszcie i odsunęłam.Moja biedna, sponiewierana wargaodzyskała wolność z głośnym „pop”.Uniosłam dłoń, prawie pewna, że po starciu z węgierskim odkurzaczem moje usta wyglądają jak po wyjątkowo nieudanymzabiegu w gabinecie chirurgii plastycznej, a wtedy Tamás zaatakował mój policzek, szczękę i szyję.Jego wilgotny język skojarzył mi się z wielkim, ciepłym ślimakiem i całyrozkoszny spokój, spowodowany alkoholem, diabli wzięli.Nagle stałam się boleśnieświadoma tego, że stoję pośrodku zrujnowanego budynku z obślinioną twarzą,a obserwujący mnie z pewnej odległości nieznajomy śmieje się tak, że mało nie spadnie ze stołka.Gdyby chociaż był brzydki, mogłabym to jakoś (tfu!) przełknąć [ Pobierz całość w formacie PDF ]