[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zachowuje się tak, jakby wciąż był tu szefem.I nigdy nie obchodziły go sprawy kuchni poskarżyła się Geraldine Polcari.Ani środki czystości dodała Gloria Suarez.W moim biurze także pojawia się co najmniej raz w tygodniu – oświadczyła Nancy Widner.Również słyszę bez przerwy te same skargi, że pielęgniarki nie odpowiadają dostatecznie szybko na wezwania jego byłych pacjentów.Też mi się znalazł obrońca stwierdziła Beaton.–To chyba jed yni ludzie, którzy jeszcze mogą z nim wytrzymać westchnęła Nancy.Wszyscy inni uważają go za kapryśnego, starego bałwana.Czy sądzicie, że faktycznie wie, kto jest gwałcicielem? zapytał Patrick Swegler.Skądże wzruszyła ramionami Nancy.–To zw ykły krzykacz.A co pan o tym myśli, panie Traynor? dopytywał się Swegler.Prezes zarządu wzruszył ramionami.Wątpię, by wiedział cokolwiek, ale z pewnością zapytam go o to, kiedy się jutro spotkamy.Nie zazdroszczę ci tego lunchu oświadczyła Bea ton.To prawda, że niezbyt się cieszę na tę rozmowę przyznał Traynor.Zawsze uważałem, iż Dennis zasługuje na pewien szacunek, ale jeśli mam być szczery – moja cierpliwość jest już na wyczerpaniu.A teraz wracajmy do naszych spraw – zarządził, choć radość, którą wcześniej odczuwał, bezpowrotnie zniknęła.Hodges wlókł się powoli środkiem jezdni opustoszałej Main Street.Pługi śnieżne jeszcze się tu nie pojawiły: całe miasto spowijała dwucalowa warstwa świeżego śniegu, a z nieba wciąż spadały nowe pł atki.Lekarz zaklął pod nosem, dając w ten sposób upust ogarniającej go bezsilnej złości.Teraz, wracając do domu, żałował, że pozwolił się tak łatwo spławić Traynorowi.Przechodząc obok miejskiego parku, w którym stały puste, przyprószone śniegiem ławki, popatrzył na północ, ku kościołowi metodystów.Za nim, w oddali, wznosił się główny budynek szpitala.Hodges zadrżał.Poświęcił temu szpitalowi całe życie, pragnąc, by jak najlepiej służył miastu, teraz zaś obawiał się, iż przestał on już pełnić swą podsta wową rolę.Ponownie ruszył zaśnieżoną Main Street.Zgrabiałymi z zimna dłońmi dotknął ukrytych w kieszeni marynarki kartek maszynopisu.Przecznicę dalej zatrzymał się znowu.Tym razem jego spojrzenie powędrowało ku ozdobionym kolumienkami oknom Iron Horse Inn.Na pokryty śniegiem trawnik padało przez nie łagodne, ciepłe światło.Tylko sekundę zabrało Hodgesowi podjęcie decyzji, że wypije jeszcze jednego drinka.Teraz, gdy jego żona, Clara, spędzała więcej czasu u swojej rodziny w Bostonie niż z nim w Bartlet, mógł robić, co chciał.Co innego, gdyby była w domu i zaniepokojona wypatrywała jego powrotu.Ostatnimi czasy stali się sobie niemal obcy.Hodges czuł, że przed dwudziestopięciominutowym spacerem, jaki miał przed sobą, dodatkowy łyk czegoś mocniejszego na rozgrzewkę dobrze mu zrobi.Wszedł do sieni i otrzepał buty ze śniegu.Powiesił płaszcz na drewnianym kołku i umieścił nad nim kapelusz.Minął niewielki hol oraz pustą szatnię, której używano tylko podczas organizowanych tu bankietów, i dotarł do drzwi baru.Sala, w której się znalazł, wyłożona była surowym sosnowym drewnem, miejscami mocno sczerniałym w ciągu dwóch stuleci.Na jednej ze ścian pysznił się ogromny kominek z polnych kamieni.Płonął na nim ogień.Hodges uważnie zlustrował wnętrze.Jego zdan iem zebrało się tu niezbyt miłe towarzystwo.Zobaczył Bartona Sherwooda, prezesa Green Mountain National Bank, a teraz – dzięki Traynorowi także wiceprezesa zarządu szpitala.Siedział przy stoliku z Nedem Banksem, antypatycznym właścicielem New England C oat Hanger Company.Nieco dalej dostrzegł Delberta Cantora i doktora Paula Darnella.Na stoliku przed nimi stały liczne butelki piwa, koszyczek z ziemniaczanymi chipsami i półmisek serów.Według Hodgesa wyglądali jak pochylone nad korytem świnie.Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy nie wyjąć z kieszeni papierów i nie poprosić Sherwooda i Cantora o chwilę rozmowy, szybko jednak porzucił ten pomysł.Nie miał już dzisiaj na to siły, a przy tym wiedział, że radiolog Cantor i patolog Darnell nienawidzą jeg o zwyczaju mówienia tego, co myśli.Obaj byli głęboko nieszczęśliwi, kiedy pięć lat temu za sprawą Hodgesa ich wydziały znalazły się pod zarządem szpitala irytowało ich ciągłe wysłuchiwanie narzekań ówczesnego prezesa.Przy barze siedział John MacKenzie, jeszcze jeden stały bywalec, z którym Hodges wolałby uniknąć spotkania.Pomiędzy oboma mężczyznami trwał ciągnący się od dawna spór.John miał na przedmieściach warsztat samochodowy, z którego usług Hodges przez wiele lat korzystał.Za którymś jednak razem MacKenzie nie zdołał naprawić jego auta i doktor musiał udać się aż do autoryzowanej stacji obsługi w Rutland, w związku z czym nie zapłacił Johnowi ani grosza.Oddalony o kilka barowych stołków od MacKenziego siedział, jęcząc pod nosem, Pete Bergan, dzi ecię kwiat, który nie ukończył nawet sześciu klas.W wieku osiemnastu lat porzucił naukę i zarabiał na życie, imając się najdziwniejszych zajęć.Hodges załatwił mu pracę sprzątacza w szpitalu, ale został zwolniony, gdyż nie wywiązywał się z obowiązków.Od tamtej pory Pete żywił do niego głęboką niechęć.Za plecami Petera ciągnął się rząd pustych barowych stołków, w głębi sali zaś stały dwa stoły do gry w bilard.Ze znajdującej się pod ścianą staromodnej, pochodzącej z lat pięćdziesiątych szafy grającej sączyła się muzyka.Wokół stołów bilardowych tłoczyła się grupka młodzieży z Bartlet College, niewielkiej liberalnej uczelni, która ostatnimi czasy stała się koedukacyjna.Hodges zatrzymał się w progu, rozważając, czy wypicie drinka warte jest zetknięcia się z tymi ludźmi.W końcu jednak wspomnienie panującego na zewnątrz przenikliwego mrozu oraz pragnienie posmakowania szkockiej whisky popchnęły go w głąb sali.Ignorując wszystkich obecnych, podszedł do odległego końca baru i wspiął się na jeden z pustych stołków.Promieniujące od kominka ciepło ogrzewało mu plecy.Postawiono przed nim szklaneczkę i otyły barman, Carleton Harris, nalał mu dewara bez lodu.Carleton i Hodges znali się od bardzo dawna.Lepiej żebyś wybrał sobie jakieś inne miejsce poradził barman.–A to czemu? – zdziwił się Hodges, szczęśliwy, że nikt nie zauważył jego wejścia.Carleton skinieniem głowy wskazał na wpół opróżnioną szklaneczkę stojącą na ladzie baru dwa stołki dalej.–Nasz nieustraszony szef policji, pan Wayne Robertson, wpadł dziś do nas na jednego.Przed chwilą poszedł do ubikacji.Do diabła z nim! skrzywił się Hodges.Pamiętaj, że cię ostrzegałem powiedział Carleton, kierując się w stronę kilku studentów, którzy właśnie weszli do baru.Do licha, to już sześciu na jednego.Pół tuzina mruknął do siebie Hodges.Gdyby chciał przenieść się w przeciwległy koniec baru, musiałby stanąć twarzą w twarz z Johnem MacKenzie, niechętnie postanowił więc zostać tu, gdzie był.Uniósł szklankę do ust.Zanim jednak zdołał wypić choć łyk, poczuł klepnięcie w plecy.Na szczęście zdążył odsunąć szklaneczkę na tyle, by szkło nie zadzwoniło mu o zęby i whisky się nie rozlała.Kogóż my tu widzimy? Ależ to nasz znachorek!Obrócił się i ujrzał przed sobą pijacką twarz Wayne'a Robertsona.P olicjant miał czterdzieści dwa lata i był otyły.Swego czasu należał do wyjątkowo muskularnych mężczyzn, ale teraz skryte pod warstwą tłuszczu mięśnie już zwiotczały.Najbardziej rzucający się w oczy szczegół jego sylwetki stanowił wydatny brzuch sprzącz ka służbowego paska niemal ginęła w fałdach sadła.Robertson był w mundurze i miał broń.Jesteś pijany, Wayne powiedział Hodges [ Pobierz całość w formacie PDF ]