[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Próbował zachować powściągliwość.– No dalej, dalej, Rolf.Słyszałam, jak wymawiał moje imię.Co on o mnie mówi?– Jak Wasza Wysokość rozkaże – wymruczał.Najwyraźniej bał się, że utraci pozycję kapitana.– To mowa na Twoją cześć, moja pani.W oczach Nepanthe rozbłysły iskry, zarzewie ognia, który łatwo przerodzić się może w gniew.– I z tego powodu uważają go za błazna? – gniew przemienił się w furię, teraz już widoczny był nie tylko w oczach, ale również w zmarszczonych brwiach.– Dlaczego?Zachowanie Rolfa wyraźnie wskazywało na to, że zdecydowanie wolałby znaleźć się zupełnie gdzie indziej.Odchrząkiwał, przestępował z nogi na nogę, spoglądał to na sufit, to na podłogę, mamrotał coś niewyraźnie.– Kapitanie! – warknęła Nepanthe.– Nie podobają mi się te niedomówienia! Kiedy po raz ostatni ukarałam żołnierza za wyrażanie własnych przekonań lub przynoszenie złych wieści? – zapytała łagodniejszym tonem.– Nie pamiętam, Pani.– Jeśli się uważniej zastanowisz – wyszeptała, patrząc w stronę okna – przypomnisz sobie, że wszystkie kary wymierzałam za naruszenia dyscypliny, nie za wykonywanie obowiązków, które mogły narazić mnie na przykrości.Teraz proszę mówić.Dlaczego ludzie śmieją się, kiedy ten człowiek mnie wychwala?– Gardzą tobą, Pani.Zdało się jej, jakby przez pokój powiał zimny wiatr.W istocie, nadciągające szybko północne chmury zapowiadały zimową burzę.– Gardzą mną? Ale dlaczego? – W jej cichym pytaniu słychać było ból.– Ponieważ jesteś tym, kim jesteś – odparł łagodnie.– Ponieważ jesteś kobietą, ponieważ masz władzę, ponieważ obaliłaś Króla.Dlaczego ludzie gardzą swoimi władcami? Z tych właśnie powodów, może jeszcze są jakieś inne, lecz przede wszystkim dlatego, bo jesteś z Ravenkrak, ich odwiecznego wroga, i ponieważ podżegają ich usunięci Członkowie Rady, których nierozsądnie uwolniłaś.– Westchnienie zimnego wiatru z Kracznodianów omiatającego swym podmuchem wieżę miało w takim samym stopniu charakter duchowy, jak rzeczywisty.Przejmowało chłodem.Czy wiecznie słychać będzie łoskot Upadku? Ilkazar legł w gruzach, lecz echa tego gwałtownego wydarzenia ciągle zewem wabią jego rozproszone po świecie wnuki.Ciemne skrzydła nienawiści nadal unoszą się nad ich życiem jak cienie krążących sępów.Ludzie na dole w dalszym ciągu zanosili się śmiechem.– Powiedz mi Rolf, szczerze, czy ludziom nie żyje się lepiej, odkąd tu nastałam? Czy podatki nie są niższe? Czy nie dbam o biednych? Czy nie zastąpiłam przekupnego, nieudolnego, obojętnego rządu rządem nieprzekupnym, sprawnym i działającym szybko? Czy nie poskromiłam syndykatów zbrodni, które tworzyły niemal drugi rząd, zanim przybyłam? – Wzdrygnęła się na wspomnienie obciętych głów na włóczniach ponad bramami miasta.– Przypomnij sobie również daniny na rozwój handlu pomiędzy Itaskią a Kamieńcem Prost.– Wszystko prawda, ale te rzeczy nic nie znaczą dla głupców, pani.Ja się tutaj wychowałem.Wasze reformy zyskały poparcie drobnych kupców, rzemieślników, zwłaszcza kuśnierzy, członków cechów, oraz wśród bardziej rozważnych pracowników.Wszyscy oni zaliczali się do najbardziej wykorzystywanych ofiar starego rządu oraz syndykatów.Ale większość ludzi nie da się oszukać twoimi reformami.A poza tym bogaci, bossowie kryminalnego podziemia oraz usunięci Radni przez cały czas powtarzają im, o co w tym wszystkim chodzi.I ponadto, niezależnie od reform, jesteś obca, jesteś uzurpatorką.– Uśmiechnął się słabo, próbując w ten sposób jeszcze odrobinę zbagatelizować całą sprawę.Jednak chłód wciąż wypełniał pomieszczenie.Nepanthe jednym ze swych rzadkich uśmiechów sprawiła, że napięcie Rolfa nieco zelżało.– Obcy, a więc tyran, co? Nawet jeśli ich niewdzięczne brzuchy są pełne po raz pierwszy od wielu lat? Cóż, nie ma sprawy.Ich poglądy mnie nie interesują.póki będą się stosownie zachowywać.Zamyśliła się na chwilę.Rolf czekał w milczeniu, nie zwracając uwagi na przykrość, jaką sprawił jej swoimi słowami.Na koniec powiedziała:– Przypominam sobie słowa któregoś ze starożytnych mędrców, które wyczytałam w jednym z wiekowych pergaminów w domowej bibliotece.Pisał: „Człowiek staje się mędrcem dopiero wówczas, gdy zaczyna sobie uświadamiać swój brak mądrości”, a potem rozważania jego prowadziły do tezy, że masy są bandą osłów, bowiem ich ignorancja sięga przekonania, że wiedzą już wszystko, co warte jest poznania.Rolf nie odpowiedział nic, zdawał się jakoś tak niezwyczajnie zamyślony – być może dlatego, że ona nagle okazała się wyjątkowo wymowna.Wyrwała go z zamyślenia, raptownie zmieniając temat:– Czy ten człowiek zazwyczaj przemawia na mój temat?– Nie, moja pani.Każdego dnia jest to coś innego, a jeśli mogę cię prosić o wybaczenie, zawsze chodzi o jakieś idiotyzmy.O ile wiem, to pierwszy raz próbuje sił w polityce i nie wzbudza wielkich kontrowersyji.Chłodny wicher wiał, z każdą chwilą nabierając sił.– Podaj mi kilka przykładów.Znalazłszy się z powrotem na bezpiecznym gruncie, Rolf rozluźnił się, zachichotał i podzielił się z nią zasłyszanymi nonsensownymi wiadomościami.– Choćby wczoraj twierdził, że świat jest okrągły.Nepanthe, która wiedziała, natychmiast opanował stan czujnej ciekawości.– Inny przykład!Tym razem już nie chichocząc, Rolf pośpiesznie powiedział:– Innego dnia twierdził, że Słońce jest zwykłą gwiazdą, tylko znajduje się bliżej.Skaane, tutejszy filozof, wystąpił przeciwko jego tezie.Wywiązał się naprawdę piękny spór szaleńców, Skaane zaś twierdził nadto, że Ziemia krąży dookoła Słońca.– A cóż takiego powiedział wcześniej?Rolf ledwie zdołał zachować powagę.– Coś religijnego, coś na temat tego, że za każdą siódmą reinkarnacją dusza wciela się w zwierzę, którego natura najbardziej jest zbliżona do istoty jednostki.Jego osioł, jak twierdził, to Vilis, ostatni Król Ilkazaru.Cień uśmiechu pojawił się na ustach Nepanthe.– Mów dalej.Rolf uśmiechnął się.Przypomniał sobie właśnie znakomity przykład.– Cóż, od ostatniego tygodnia ziemia zmieniła kształt.Wcześniej była wielką łodzią płynącą po morzu eskalońskiego wina, statek napędzała wielka kaczka wiosłująca płetwami i przyczepiona do rufy.Tego dnia był pijany, być może więc dlatego widział cały świat jako morze wina.Kolejny z tych rzadkich uśmiechów przemknął przez oblicze Nepanthe.– Przyprowadźcie go tutaj!– Moja pani, jeżeli teraz mu przerwiemy, gotowi będą chyba szturmować wieżę!– Cóż, poczekajmy więc, aż skończy.– Tak, moja pani.Przeszła przez komnatę i znalazła się przy północnym oknie.Pokryte czapami śniegu szczyty Kracznodianów majaczyły w oddali.Północny wiatr zawodził, zwiastując śnieg.* * *Saltimbanco zrozumiał doniosłość obecności Rolfa dokładnie w tej samej chwili, kiedy tamten pojawił się w drzwiach Wieży.Pięć minut później jego mowa osiągnęła wreszcie wesołą puentę.Po kwadransie ulica przed Wieżą była już pusta, został tylko jego osioł i puszka na datki.Z puszki niemalże się wysypywało.Rolf zaprosił grubasa do Wieży.Drżąc cały w środku, Saltimbanco poszedł za nim.Do komnaty Nepanthe dotarł, dysząc ciężko i parskając niczym zdychający smok.Twarz jego poczerwieniała, po czole i policzkach spływał pot.Drzwi do komnaty Nepanthe stały otworem.Rolf wszedł, nie czekając na zaproszenie.– Oto człowiek, którego obecności sobie zażyczyłaś, moja pani [ Pobierz całość w formacie PDF ]