[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Kiedy w końcu opuścili kryjówkę, przez kilka tygodni krążyli po okolicznych wzgórzach, polując i od czasu do czasu urządzając nocne napaści na wioski klanu Czarnej Góry.Tahatch szukał przygód i zwycięstw, by dostąpić zaszczytu przyjęcia do bractwa Szarego Wilka, najszacowniejszego z wojennych bractw Piktów.Conan dowiódł, że wybornie potrafi radzić sobie w dziczy, jednak okazało się, że jego umiejętności są żałośnie skromne w porównaniu z Piktem, od którego wiele się nauczył.Kilka tygodni wcześniej ścigani przez hordę, która ruszyła na polowanie na dwóch nocnych napastników, musieli się rozdzielić.Conan ledwie uszedł z życiem i sądził, że Tahatch nie żyje.Miał go jednak przed sobą, żywego i natartego lśniącą warstwą niedźwiedziego sadła.— Piękna sztuka — skomentował Tahatch rezultat polowania.Zrozumiawszy aluzję, Conan włożył rękę w trzewia jelenia.— Bierz.Nie dam rady udźwignąć wszystkiego.Pikt przykucnął, uniósł oburącz wątrobę zwierzęcia i zaczął ją jeść na surowo.Conan odwrócił wzrok.Gorliwie uczył się piktyjskiej sztuki wojennej i myśliwskiej, ale nie uznawałich kulinarnych nawyków.— Jak udało ci się uciec? — zapytał Conan, ćwiartując upolowane zwierzę.— Cały dzień kryłem się w bagnie, oddychając przez słomkę.To stara sztuczka z dolin, ale klany ze wzgórz chyba o niej nie słyszały.Pikt odgryzł kolejny kęs wątroby.Krew pociekła po wiszącym na jego piersi naszyjniku z niedźwiedzich pazurów.Bransolety z kłów niedźwiedzia obejmowały jego ramiona nabicepsach.Miał na sobie pyszną wilczą skórę, z łbem szczerzącym kły na szczycie głowy.Tahatch był doskonałym myśliwym, a piktyjskim zwyczajem było nie pozostawiać nikomu co do tego żadnych wątpliwości.Kiedy Conan skończył ćwiartować jelenia, wrzucił tyle mięsa, ile mógł, w skórę i dźwignąłją na barki.Stwierdził, że brzemię jest nieporęczne dla człowieka dźwigającego już pas z bronią i włócznię.Pikt wstał i beknął z zadowoleniem.— Pomogę ci nieść — powiedział, po czym dodał: — Jeśli to nie za daleko.— Bezwidocznego wysiłku zarzucił na ramię ogromny połeć dziczyzny i nie zwracając uwagi na krew ściekającą mu po skórze szerokimi pasmami zapytał: — Gdzie mieszkasz?— W cymmeriańskim domostwie niedaleko stąd.Będziemy na miejscu przed zachodemsłońca.— Może ty — burknął Pikt — ale nie ja.Twoi ziomkowie zabiliby mnie, a mój własny lud nigdy by nie zrozumiał, jak mogłem zaprzyjaźnić się z Cymmerianinem.Nie, gdy tylko dotrzemy w pobliże twojego gospodarstwa, będziemy musieli się rozstać.Halga zorientował się, że coś jest nie w porządku, gdy tylko ujrzał synów biegnących w stronę obejścia.Nigdzie nie było widać bydła, a jedynie wielkie niebezpieczeństwo mogło zmusić chłopców do porzucenia dobytku.Halga dołączył do synów przy bramie.Ostatni z nich zamknął ją spiesznie za sobą i zaparł wierzeje belką.— Bandyci — powiedział najstarszy syn urywanym głosem.— Chyba ze trzydziestu.— Piktowie? — spytał Halga.— Nie — odparł młodzieniec, któremu było na imię Dermat.— Jakaś mieszana wataha.Widziałem dwóch czy trzech Bossończyków, kilku Gunderlandczyków, ale nie mam pojęcia, skąd pochodzi reszta.— Łowcy niewolników — stwierdził Halga żałując, że nie ma z nimi Conana.W tej chwili przydałby się im jeszcze jeden miecz.Czterech przeciwko trzydziestu stanowiło marną proporcję, chociażby tą czwórką byli Cymmerianie.Szkoda było jednak czasu na bezcelowe rozmyślania.— Łowcy niewolników nie będą mieli ochoty na walkę do ostatniej kropli krwi —powiedział najmłodszy z synów Halgi.— Zobaczycie, kiedy wyrżniemy paru z nich, reszta ucieknie.— Możliwe — stwierdził Halga.— Zawsze możemy mieć nadzieję, musimy być jednakprzygotowani na najgorsze.Gdyby do tego doszło… — powiódł surowym wzrokiem podwóch starszych synach — musicie być gotowi zająć się waszymi kobietami.Ja zatroszczę się o waszą matkę i siostrę.— Był zadowolony, że młodszymi dziećmi opiekowała się tego roku inna rodzina.— Dobrze — odrzekł Dermat, powiódłszy palcem po ostrym jak brzytwa mieczu.— Niech nie liczą na uciechy z moją kobietą.Cymmerianie byli gwałtownym i dumnym ludem.Gardzili śmiercią, lecz przerażała ich perspektywa niewolnictwa.Podczas gdy najmłodszy syn poszedł po oszczepy, Halga i dwaj starsi synowie powiadomili kobiety.Przyjęły wiadomość ze spokojem właściwym rasie, dla której śmierć była czymś codziennym.Jedynie z hańbą nie można było się pogodzić.— Jeśli mamy umrzeć, Conan nas pomści — stwierdziła ciemnooka Naefa.— Tak — Halga pokiwał głową.— Nie chciałbym być łowcą niewolników, który wejdzie w drogę temu młodemu człowiekowi.Powiedział tak, by ją pocieszyć.Wiedział, że Conan skrzyknie grupę ziomków do pościgu za łowcami niewolników, lecz ci ostatni zapewne szybko przekroczą najbliższą granicę, zaś Cymmerianie niechętnie opuszczali swoją krainę.Kiedy wrócił na dziedziniec, widać już było napastników.Naliczył trzydziestu, tak jak powiedział mu syn.Popołudniowe słońce błyszczało na hełmach i brzeszczotach włóczni.Wszedłszy na pomost przy palisadzie ujrzał, że herszt łowców niewolników wysunął się do przodu.Był to wysoki mężczyzna w złoconej zbroi o najciemniejszej karnacji, jaką dane było widzieć Haldze.Po jego bokach jechało dwóch stalowookich Gunderlandczyków.— Witaj, Cymmerianinie! — zawołał wódz.Zęby zabłysły na tle jego mahoniowegooblicza [ Pobierz całość w formacie PDF ]