[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zza zakrętu doszedł odgłos nadjeżdżającego wozu konnego.Jay wylał resztę wody z kapelusza i nałożył go z powrotem.Sprawdził, czy Colt luźno siedzi w kaburze.Nigdy nie wiadomo, kto się może napatoczyć.Trzeba być gotowym najpierw strzelać, a potem zadawać pytania.Nie był to wielki wóz zaprzęgowy, lecz powozik, ciągnięty przez szarą klacz.Końskie kopyta wybijały rytm na twardym podłożu, drewniane koła w stalowych obręczach turkotały po kamieniach.Powoziła kobieta w sięgającej kostek bawełnianej sukni, która kiedyś miała kolor indygo, ale pod wpływem słońca i wielokrotnego prania stała się bladobłękitna.Kobieta siedziała, więc suknia była nieco uniesiona, odsłaniając wysokie cholewki sznurowanych butów.Miała na głowie niebieski czepek, nie tak wyblakły jak suknia, ze wstążką zawiązaną pod brodą.Koło niej leżało na koźle parę książek.To musiała być nauczycielka.Jay odprężył się i pozdrowił ją, dotykając do ronda kapelusza.- Witam szanowną panią - powiedział, nie wypadając z roli kowboja.Kiedy powozik podjechał bliżej, Jay przekonał się, że kobieta wyglądała całkiem, całkiem.więcej, była po prostu wspaniała.Te kilka jasnych kosmyków, wymykających się spod czepka, piękne zielone oczy.O, do diabła.To nie była nauczycielka, lecz.Porucznik Joan „Słodka Idiotka” Winthrop.Cholera!Zatrzymała powozik trzy metry od Jaya i uśmiechnęła się.- Ho, ho, Jay Gridley.Co za spotkanie.- Wysiadła i stanęła naprzeciw niego.Twarz dziewczyny rozpłynęła się na chwilę.Jay wiedział, co to znaczy.Była we własnym scenariuszu sieciowym i koordynowała teraz fazy, żeby przystosować go do parametrów programu Jaya.Jej twarz znów ożyła.Dziewczyna rozejrzała się dookoła, widząc teraz to samo, co on.- Witaj, kowboju - powiedziała z uśmiechem.- Co ty tu robisz, Winthrop?- Może ta srebrna kula ci powie.- Wysunęła otwartą dłoń, na której leżał błyszczący nabój rewolwerowy.- No, kulo, powiedz mu.Nabój milczał.- Bardzo zabawne - mruknął Jay.Nie pozwoli się obrażać komuś takiemu, jak „Słodka Idiotka” Winthrop.- Ten twój program, to coś z darmowej oferty w sieci?- Nic z tych rzeczy, chłoptasiu.To coś bardziej wyrafinowanego.- Zatoczyła ręką półkole, wskazując na otaczające ich pustkowie.- I trochę ambitniejszego.- O, naprawdę?W świecie rzeczywistym Jay siedział w swym biurze w centrali Net Force w pełnym osprzęcie VR, podłączony do stacji roboczej i do sieci.W świecie realnym ruchem palców wyszedł ze swojego scenariusza z Dzikiego Zachodu, przełączając się na sieciowy wehikuł Winthrop.Potrwało to ledwie pół sekundy.Znalazł się na peronie dworca kolejowego.Winthrop stała przed nim, a za nią stał pociąg osobowy.Włosy upięła w kok i schowała pod kapelusz z szerokim rondem.Miała na sobie długi, ciemny płaszcz z sukna i szarą, wełnianą suknię do kostek.Po ubraniu i wyglądzie pociągu domyślił się, że byli w końcu dziewiętnastego albo na początku dwudziestego wieku.Na tablicy, ustawionej na peronie widniał napis KLAMATH FALLS.Była zima, mroźne powietrze, kilkanaście centymetrów świeżego, puszystego śniegu i zaspy poza zadaszonym peronem.Do pociągu wsiadali pasażerowie - kobiety w długich sukniach, płaszczach i kapeluszach, mężczyźni w garniturach, kapeluszach i płaszczach.Między dobrze sytuowanymi podróżnymi pojawiło się parę proletariackich typów w kurtkach, czapkach i niezdarnych buciskach.Zwalisty, blady facet o sylwetce kulturysty zatrzymał się, żeby pomóc jakiejś starszej pani wstawić torbę podróżną do pociągu.Przebiegła jakaś dziewczynka, a za nią pies.Wyglądał na setera albo podobnego psa myśliwskiego.W powietrzu wisiał zapach dymu z węglowego paleniska, zmieszany z obłokami pary.i jakby zapaszek niedomytych ciał.W tamtych czasach ludzie nie kąpali się codziennie.Niezły szczegół.Rozglądając się dookoła, musiał przyznać, że Winthrop stworzyła bardzo przyzwoity scenariusz.Żadnych niedoróbek i mnóstwo szczegółów, aż po sosnowe drewno słupów, podtrzymujących zadaszenie peronu.Spojrzał po sobie i przekonał się, że jest ubrany w szary trzyczęściowy garnitur z wełny i eleganckie buty z czarnej skóry.W kieszeni kamizelki spostrzegł kolorowy kawałek papieru.Wyjął go.Bilet kolejowy.Mógł odczytać na nim każde słowo, także napisy drobnym drukiem.Bardzo dobra robota.Cóż, nie miał wyjścia, musiał przyznać, że jej scenariusz jest świetny.Ale nie musiał tego przyznawać przed nią.- Proszę wsiadać, drzwi zamykać! - zawołał konduktor.- No i? - spytała.- Trochę tu tłoczno - powiedział.- Wolę mój scenariusz.- Wymusił priorytet dla swojego programu i pół sekundy później stał już na pustkowiu koło Bucka, patrząc na dziewczynę i jej powozik.- Czego chcesz? - spytał.- Szukałam cię.Mamy razem pracować, czy nam się to podoba, czy nie.Wiem, że mnie nie lubisz, a i ciebie nie ma na mojej liście stu najciekawszych facetów, ale jestem profesjonalistką i potrafię nie zważać na osobiste animozje.- Chciałaś powiedzieć, że ja nie potrafię?- Nie, Gridley, chciałam powiedzieć dokładnie to, co powiedziałam.Nie chodzi o to, kto jest lepszym programistą, tylko o to, żeby wykonać zadanie.Dyrektor Michaels chce, żebym brała w tym udział, więc biorę.Nie musimy się trzymać za rączki i wędrować kwiecistymi łąkami, ale też nie musimy sobie nawzajem włazić w drogę.Zgadzasz się z tym?Jay spojrzał na swego konia.Zrozumiał, dlaczego kowboje tyle czasu spędzali na szlaku.Kobiety, zwłaszcza te ładne, miały skłonność do komplikowania spraw.Wiedział, że jest lepszym programistą.Żadne drzwi nie otwierały się przed nim dla jego pięknych oczu, a był pewien, jak cholera, że z Winthrop było inaczej.Westchnął jednak tylko i skinął głową.- W porządku.Nie będziemy sobie nawzajem wchodzić w drogę.- Jeśli znajdę coś pierwsza, dam ci znać.- Akurat, już to widzę - mruknął Jay, ale tak cicho, że nie mogła go usłyszeć.- Co powiedziałeś?- Nic.Też będę cię informował.Powiedziała coś, czego nie dosłyszał.- Przepraszam?- Nic takiego - powiedziała.- Zostawiam cię w twoim scenariuszu.Wsiadła do powoziku i lekko uderzyła klacz lejcami po plecach.- Wio! - Pomachała mu, odjeżdżając.Jay odprowadził ją wzrokiem.Koń zarżał.- Masz rację stary.Też tak to odbieram.- powiedział Jay.- Chodź, Buck, mamy robotę w mieście.Jay wsunął lewą stopę w strzemię i dosiadł konia.Ruszyli stępa w stronę miasta.Sobota, 18 grudnia 2010 roku, godzina 11 [ Pobierz całość w formacie PDF ]