[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ktoś go śledził.***Ktokolwiek śledził Gaelana, był dobry.Bardzo dobry.Jednakże Gaelan miał wybór.Ścigany zawsze ma wybór, a możliwości rysowały się przed nim klarownie, jak różnimężczyźni, którymi był w ciągu ostatnich sześciuset osiemdziesięciu lat.Różni mężczyźni,różne wybory, różne przyszłości, oto rozgałęziające się ścieżki:Jako młody człowiek - człowiek, którym się urodził - książę Acaelus Thorne, wypatrzyłprzewężenie, przez które nawet ostrożny szpieg musiałby przejść, żeby nie zgubić zwierzyny.Acaelus schował się za pierwszym odpowiednim do tego rogiem i poczekał.Zebrał Talent,gotowy powalić prześladowcę, pochwycić go i uderzyć kilka razy, żeby się dowiedzieć, kto goprzysłał.Poczekał.Nie, nie, to nieprawda.Książę Acaelus nie miał w sobie nawet tej odrobiny subtelności.Chować się? Acaelus? Ha!Nie, Acaelus odwrócił się, kiedy tylko zdał sobie sprawę, że ktoś go śledzi.Przystanął naśrodku ulicy.- Wiem, że tam jesteś! Wychodź! Jeśli chcesz walczyć, nie ma sprawy.Jeśli chceszwiedzieć, dokąd zmierzam, chodź i zapytaj.Jestem księciem, następcą tronu nieistniejącegojuż królestwa Trayethell i nie będę bawił się w ten teatrzyk.Staw mi czoło!Szpieg uciekł.Acaelus usłyszał zgrzyt żwiru, namierzył się na ten dźwięk i ruszył w pościg.Talent zwiększył siłę jego mięśni.Przyśpieszył.Wyciągnął miecz i wyskoczył zza zakrętu zbytostrego, zważywszy na prędkość, z jaką biegł.Skoczył, odbił się od ściany i ściął szpiega z nóg.Mężczyzna przekoziołkował i padłnieruchomo.Acaelus do niego podszedł.Drobny mężczyzna leżał na plecach odziany w kaptur ipelerynę.W ostatniej sekundzie szarpnął się konwulsyjnie.Dwa sztylety wyleciały w powietrzemierząc prosto w Acaelusa.Z nadnaturalną szybkością ostrze Acaelusa śmignęło w lewo, w prawo, zripostowało.Odbitesztylety poleciały w bok, a jego miecz znalazł się w sercu szpiega, zanim zdążył się nad tymzastanowić.I niczego się nie dowiedział.Co prawda, Acaelus nigdy nie kwestionował podjętych decyzji.Nigdy nie wątpił w sensswoich czynów.Nie, Acaelus był szlachetnym głupcem.Jego sposób działania doprowadziłby do klęski.Odpada.Z kolei Dehvirahaman Bruhmaeziwakazari.Nie, ymmurski tropiciel był przebiegłymłowcą, ale nigdy nie wszedłby do miasta.Skórzane sakiewki i peleryny w barwachmaskujących świetnie się sprawdzały w naturalnym otoczeniu, ale tutaj ubranie nabierałoinnego znaczenia.Odpada.Rebus Zwinny.Oto żywot, który mógłby odnieść tutaj pewien sukces.Rebus byłzłodziejem, który stał się bohaterem ludowym, kiedy kilkaset funtów złota należącego doskorumpowanego króla spłynęło deszczem na ulice wszystkich bazarów w mieściejednocześnie.Rebus skierowałby się do mniej przyjemnej części miasta.W tym wypadku nazachód, do Nor.Wybrał okrężną drogę, jakby dbał o to, żeby go nie śledzono, ale nie zauważył, że już ktośza nim podąża.Szpiedzy zawsze lubią myśleć, że są dobrzy.Jeżeli szpiegiem jest zwykły pachołek jakiegoś lorda albo lady, przestraszy się i zawróci,kiedy Rebus przejdzie mostem Vanden i wkroczy do Nor.Tak się nie stało.To oznaczało, żeszpiega przysłał ktoś potężny.Rebus porzucił udawaną ostrożność, kiedy dotarł do slumsów iruszył szybkim krokiem, przez co wyraźniej było widać, że kuleje.Pokuśtykał zaułkiem.Skręcił w lewo, w prawo, dwa razy w lewo, przeszedł uliczką takwąską, że gdyby rozłożył ręce, dotknąłby walących się murów po obu stronach.I po trzystukrokach bez żadnego skrzyżowania dotarł do muru - ślepa uliczka.Niech to diabli.To niebyły slumsy Borami, gdzie znał każdą kryjówkę.Możliwe, że właśnie ułatwił zadanieswojemu prześladowcy.Odwrócił się.Szpieg stał z dwoma długimi nożami.Zatem nie szpieg, lecz zabójca.Itowarzyszyli mu dwaj łucznicy, którzy robili wrażenie ludzi znających się na swojej robocie.- Rebus Zwinny - powiedział zabójca, wskazując podbródkiem wykręconą prawą stopęRebusa.-Ironia losu?- Z wiekiem coraz bardziej nienawidzę ironii.Tyle że kiedyś byłem młody.Wymyśliłemprzydomek, gdy zacząłem się parać poważną magią cielesną.Wydłużanie nóg i rąk czyni cię najakiś czas diabelnie niezdarnym.Miałem nadzieję, że kiedyś ten przydomek przestanie wkońcu brzmieć ironicznie.- No to chyba teraz się przekonamy, jak to naprawdę jest.Strzały pomknęły przed siebie, wypalając dziury w nocy.Znowu krew, znowu śmierć, żadnych odpowiedzi.Nie, instynkty zawiodły Rebusa.Poza tym, w swoim eleganckim stroju Gaelan mógłbyściągnąć na siebie bandziorów w Norach, zanim nawet zdążyłby dać się zapędzić w kozi rógprzez zabójcę.Odpada.Zatem, Gaelanie, ci ludzie, którymi byłeś, nie są dla ciebie żadną pomocą.Co zrobi terazprosty farmer, który stał się bohaterem wojennym? Kim teraz będziesz? Kto teraz tobązostanie?Gaelan nie pozwoli, żeby szpieg nim dyrygował.Miał już tego dosyć.I zwyczajnie miał towszystko w nosie.Prawda była taka, że Gaelan - Gaelan, jakiego sobie wyobraził, kiedyporzucił poprzednie życie w roli Tala Drakkana, Gaelan, którym był przez ostatniedwadzieścia pięć lat - był człowiekiem prostym i bezpośrednim.Podobnym do Acaelusa.Itakim pozostał aż do końca.A teraz ten Gaelan spływał z niego jak woskowa maska wysta-wiona na działanie ognia.Nie był pewien, kto się wynurza.Albo co.Wrócił do swojego zajazdu najkrótszą trasą.Po drodze było tylko jedno dobre miejsce, wktórym zabójca mógł go zaatakować - o ile to był zabójca.Gaelan je minął.Atak nie nastąpił.Poszedł prosto do swojego pokoju, niosąc latarnię, którą wręczył mu zaspany odźwierny.Otworzył drzwi do ciemnego pokoju, wszedł i zgasił płomień.Jaskrawe światło latarni osłabiłoby widzenie w ciemności zabójcy, gdyby ten czekał wjego pokoju.A jej nagłe zgaszenie całkiem by go oślepiło.Za to Gaelan nie był ślepy.Cienie witały jego oczy, odkąd związał ka'kari.Nikogo nie byłow pokoju.Magiczne plomby na oknach pozostały nienaruszone.Położył się do łóżka bez żadnej konfrontacji, nikogo nie zabiwszy.To był właściwy ruch.Cierpliwość to lekcja, której nieśmiertelność już dawno temu powinna mu udzielić.Mądrość jest nudna [ Pobierz całość w formacie PDF ]