[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ibrahim też jechał do Turcji, choć pod każdym względem różnił się od przeciętnego turysty.Przeciętny turysta, uzbrojony w aparat fotograficzny, przybywał tu zwabiony urokiem bazarów, okopami z czasów I wojny światowej, meczetami.Przybywał z mapami i narzędziami archeologicznymi, albo z amerykańskimi dżinsami i japońską elektroniką do sprzedania na czarnym rynku.Ibrahim i jego ludzie przybywali natomiast z czymś innym.Przybywali z celem.Było nim przywrócenie wody al-Gezirze.2· Poniedziałek, 13.22 – Sanliurfa, TurcjaLowell Coffey II stał w cieniu białej sześciokołowej furgonetki.Rąbkiem zawiązanej na szyi chusty otarł ściekający w oczy pot.W myślach przeklął cichy szum zasilanego z akumulatorów silnika, świadczący o tym, że w środku furgonetki działa klimatyzacja, a potem ruszył przed siebie, depcząc jałową ziemię, na której z rzadka pojawiały się niskie suche pagórki.Jakieś trzysta metrów dalej znajdowała się opuszczona droga, której asfalt gotował się wręcz w żarze słońca, zaś mniej więcej pięć kilometrów i pięć tysięcy lat stąd stało miasteczko Sanliurfa.Po prawej ręce prawnika szedł doktor Phil Katzen, trzydziestotrzyletni długowłosy biofizyk.Doktor Katzen przysłonił oczy dłonią i przyjrzał się pokrytym kurzem murom starej metropolii.–Wiesz, Lowell – powiedział – że dziesięć tysięcy lat temu właśnie tu po raz pierwszy udomowiono zwierzę pociągowe? Aurocha – dzikiego wołu.Właśnie woły uprawiały ziemię, na której stoisz.–Co za wspaniała nowina – odparł Coffey.– I pewnie potrafisz mi nawet powiedzieć, jaki był wówczas skład gleby, prawda?–Nie – z uśmiechem zaprzeczył Katzen.– Potrafię ci tylko powiedzieć, jaki jest dzisiaj.Wszystkie kraje tego regionu zmuszone są do gromadzenia podobnych danych celem sprawdzenia, jak długo da się tu cokolwiek uprawiać.Mam dyskietkę ze składem gleby.Kiedy Mike i Mary Rose skończą to, co robią, znajdę ją i będziesz mógł przeczytać sobie zawarte na niej dane… jeśli tylko zechcesz.–Serdecznie ci dziękuję.Wystarczy mi kłopotów z opanowaniem wiedzy, którą muszę opanować.Starzeję się, wiesz?–Przecież masz dopiero trzydzieści dziewięć lat!–Już nie.Urodziłem się, licząc od jutra, czterdzieści lat temu.Katzen uśmiechnął się szeroko.–No to wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, panie mecenasie.–Dzięki, ale nie spodziewam się niczego najlepszego.Starzeję się, Phil.–Daj spokój.– Biochemik wyciągnął rękę, wskazując Sanliurfę.– Kiedy to miasto było młode, czterdziestolatków uważano za starców.Średnia życia wynosiła wówczas około dwudziestu lat, a dwudziestolatkowie nie bywali bynajmniej zdrowi.Próchnica, źle zrośnięte po złamaniach kości, wady wzroku, grzybica stóp, co tylko chcesz.Niech to diabli, w dzisiejszej Turcji czynne prawo wyborcze dostaje się w wieku dwudziestu jeden lat.Zdajesz sobie sprawę z tego, że starożytnym, którzy rządzili Uludere, Sirnak i Batman, nie wolno byłoby zagłosować na samych siebie?Coffey przyjrzał mu się z niedowierzaniem.–Jest tu miejsce, które nazywa się Batman?–Nad samym Tygrysem – wyjaśnił Katzen.– Widzisz? Zawsze można nauczyć się czegoś nowego.Dziś rano spędziłem kilka godzin w Centrum Regionalnym.Matt i Mary Rose zaprojektowali cholernie fajną maszynę.Wiedza odmładza, Lowell.–Nie bardzo wierzę, że warto żyć wyłącznie dla tureckiego Batmana i CR – stwierdził Coffey.– A jeśli chodzi o tych twoich starożytnych Turków, to biorąc pod uwagę, że musieli siać, orać, nawadniać pola i oczyszczać je z kamieni, kiedy dożyli czterdziestki mieli pewnie wrażenie, że stuknęła im osiemdziesiątka.–Prawdopodobnie.–I pewnie tę samą pracę wykonywali od dziesiątego roku życia.Tylko że w naszych czasach podobno nie tylko żyjemy dłużej, ale jeszcze rozwijamy się pod względem zawodowym.–Chcesz mi powiedzieć, że nie dotyczy to ciebie?–Rozwijam się mniej więcej tak doskonale jak dinozaury.Byłem pewien, że w tym wieku będę znanym międzynarodowym prawnikiem, negocjującym porozumienia pokojowe i traktaty handlowe w imieniu prezydenta.–Rozluźnij się, Lowell.Przecież pracujesz w centrum wydarzeń.–Jasne.Pracuję dla agencji rządowej tak tajnej, że nikt nic o niej nie wie…–Utajnienie nie oznacza nieistnienia – zauważył Katzen.–W moim przypadku praktycznie nie ma różnicy.Pracuję w piwnicy bazy Sił Powietrznych Andrews… nawet nie w Waszyngtonie, niech to wszyscy diabli… uzgadniając szczegóły prawne z narodami średnio przyjaznymi Stanom, takimi jak Turcja, byśmy mogli bez problemu szpiegować narody jeszcze mniej przyjazne Stanom, takie jak Syria.Poza tym smażę się jeszcze na jakiejś cholernej pustyni i pot ścieka mi po nogach w cholerne skarpetki! A chciałem przecież dyskutować aspekty wykładni pierwszej poprawki do konstytucji przed Sądem Najwyższym–W dodatku marudzisz – stwierdził Katzen.–Przyznaję się do winy.Jako jubilat mam prawo.Katzen naciągnął Coffeyowi na oczy kapelusz z podwiniętym rondem, w którym prawnik wyglądał jak australijski traper.–Rozchmurz się – powiedział.– Nie każda przyzwoita praca musi być zaraz podniecająca.–Nie w tym rzecz – odparł Coffey.– No, może trochę.Zdjął kapelusz, palcem wskazującym przesunął po potniku i wcisnął go z powrotem na brudne jasne włosy.– Chyba chodzi mi o to, że byłem niegdyś cudownym prawniczym dzieckiem, Phil.Byłem Mozartem prawa.Miałem dwanaście lat, kiedy czytałem akta procesowe z archiwum taty.Kiedy moi koledzy marzyli o karierze astronautów albo zawodowych graczy w baseballa, ja pracowałem nad procedurą zwolnienia oskarżonego za kaucją.W wieku piętnastu lat nie miałbym problemów ze zwolnieniem za kaucją większości oskarżonych, wiesz?–Tylko że garnitury by na tobie wisiały – zażartował Katzen.Coffey zmarszczył brwi.–Przecież wiesz, o co mi chodzi – stwierdził, urażony.–Twierdzisz, że nie spełniłeś pokładanych w tobie nadziei.Ja też, mój drogi, ja też.Witamy w prawdziwym świecie.–Fakt, że jestem jednym z wielu, wcale mnie nie pociesza, Phil.Katzen pokręcił głową.–I co mam ci powiedzieć? W każdym razie żałuję, że nie było cię przy mnie w czasach Greenpeace.–Niestety, nie nadaję się do skakania z pokładu statku celem ratowania życia ślicznym małym foczkom i nie umiałbym powstrzymać myśliwego o wzroście dwa piętnaście przed wyłożeniem surowego mięsa na przynętę dla czarnego niedźwiedzia.–Popatrz, a ja robiłem jedno i drugie.Po drugim został mi złamany nos, po pierwszym wspomnienie o tym, jak strasznie przeraziłem pewną małą foczkę [ Pobierz całość w formacie PDF ]