[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zalała gowściekłość i gdyby nie był tak osłabiony ani obolały, rzuciłby się na niego.Skoro jednak byłoinaczej, jedyne co mógł zrobić to ciężko dyszeć.- Do diabła z tobą, Wayland.- Wayland? - wyraz rozbawienia nie opuszczał twarzy Jace'a , gdy zaczął rozpinaćkurtkę.- Nie! - Simon skurczył się na łóżku.- Choćbym nie wiem jak był głodny, nie wypijęznowu twojej krwi.Jace wykrzywił usta w uśmieszku.- To dobrze, bo na to bym nie pozwolił - sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki iwyciągnął stamtąd płaską butelkę.Była w połowie wypełniona rzadką, czerwonobrązowącieczą.- Uznałem, że się może się przydać - powiedział.- Wycisnąłem trochę krwi zsurowego mięsa.To jedyne co mogłem zrobić.Simon wziął butelkę, ale dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że Jace musiał odkręcićkorek za niego.Ciecz w środku była ohydna - za rzadka i za słona jak na zwykłą krew, miałalekko nieprzyjemny posmak oznaczający, że mięso leżało już od kilku dni.- Cholera - mruknął, pociągając parę łyków.- Martwa krew.Brwi Jace'a podjechały do góry.- A jaka miałaby być?- Jeśli zwierzę, którego krew piję, jest martwe od dłuższego czasu, tym gorzej smakujejego krew - wytłumaczył Simon.- Świeża jest lepsza.- Przecież ty nigdy nie piłeś świeżej krwi.Prawda?W odpowiedzi Simon również uniósł brwi.- No tak, oprócz mojej - odparł Jace.- Jestem pewien, że moja krew smakujefantastycznie.Simon postawił pustą butelkę na oparciu fotela.- Coś jest z tobą zdecydowanie nie tak - powiedział.- W sensie umysłowym.W ustach ciągle miał posmak zepsutej krwi, ale ból brzucha minął.Poczuł jak wracająmu siły, zupełnie jakby krew była lekiem o natychmiastowym działaniu; narkotykiem, którymusiał brać żeby przeżyć.Zastanawiał się, czy krew nie była dla wampirów tym, czymheroina dla narkomanów.- A więc jestem w Idrisie.- W Alicante, ściśle rzecz biorąc.W głównym mieście.Właściwie, to w jedynymmieście - powiedział Jace.Podszedł do okna i rozsunął zasłony.- Penhallow'owie nie chcielinam wierzyć, że słońce na ciebie nie działa.Dlatego założyli te zasłony.Mimo to powinieneśspojrzeć.Simon podniósł się w łóżka i stanął obok Jace'a.I oniemiał.Kilka lat temu jego matka zabrała jego i siostrę w podróż do Toskanii - tydzieńjedzenia ciężkostrawnych dań z makaronu i nieosolonego chleba, zwiedzania okolicy, iszaleńczej jazdy wąskimi i krętymi drogami, z ledwością unikając zderzenia z pięknymi,starymi budynkami, które rzekomo przyjechali zobaczyć.Pamiętał jak zatrzymali się na stokuobok miasteczka zwanego San Gimignano, grupki domów z rozsianymi tu i ówdzie wysokimidachami, które zdawały się sięgać nieba.Jeśli to na co teraz patrzył przypominało mucokolwiek, to właśnie to miasteczko.Jednocześnie widok za oknem sprawiał wrażeniezupełnie niepodobnego do tego, co dotychczas widział.Okno w którym stał znajdowało się dość wysoko, więc cały budynek musiał byćjeszcze wyższy.Spoglądając w górę, mógł dostrzec kamienne parapety i niebo.Po drugiejstronie stał drugi, trochę niższy dom.Pomiędzy budynkami biegł wąski, ciemny kanałpoprzecinany mostkami - to stąd dobiegał szum wody.Budynek został wybudowany wpołowie wzgórza - poniżej stały domy z miodowozłotego kamienia, ustawione w zbitymszeregu wzdłuż wąskiej ulicy, rozciągające się aż na skraj kręgu zieleni: lasu otoczonegoprzez odległe wzgórza.Z tej perspektywy przypominały długie pasy zieleni i brązu,nakrapiane plamami jesiennych kolorów.Za wzgórzami wznosiły się poszarpane szczyty góroprószone śniegiem.Jednak żadna z tych rzeczy nie była niezwykła.Niezwykłe było to, że tu i ówdziewznosiły się strzeliste wieże zwieńczone iglicami z połyskliwego srebrzystobiałego metalu,na pierwszy rzut oka ustawione przypadkowo.Zdawały się przebijać niebo jak błyszczącesztylety.Simon zdał sobie sprawę, że widział już wcześniej ten niezwykły materiał: w postacitwardej, przypominającej szkło broni, którą nosili ze sobą Nocni Łowcy, a określali mianemserafickich noży.- To wieże demonów - wyjaśnił Jace.- Kierują strażą, która ochrania miasto.Dziękinim żaden demon nie ma wstępu do Alicante.Powietrze wlatujące przez okno było zimne i czyste.Takie, jakim nie oddychało się wNowym Jorku: żadnego brudu, smogu, metalu czy zapachu innych ludzi.Tylko powietrze.Zanim odwrócił się żeby spojrzeć na Jace'a , Simon zrobił głęboki i całkiem niepotrzebnywdech; niektóre z ludzkich nawyków trudno było porzucić.- Powiedz mi - zaczął - że sprowadzenie mnie tutaj to był wypadek.Powiedz, że to niebyła część twojego planu mającego na celu udaremnić przyjazd Clary do Idrisu.Jace nie patrzył na niego, ale jego klatka piersiowa wznosiła się i opadała gwałtownie,jakby dostał zadyszki.- No jasne - warknął.- Stworzyłem zgraję Wyklętych, którzy zaatakowali Instytut,zabili Madeleine i o mało co nie wykończyli nas, tylko po to żeby Clary została w domu.Takczy siak, mój szatański plan działa.- Rzeczywiście działa - powiedział cicho Simon.- Prawda?- Posłuchaj, wampirze.Plan obejmował trzymanie Clary z dala od Idrisu.Nieobejmował za to sprowadzenia cię tutaj.Gdybym cię zostawił, krwawiącego inieprzytomnego, Wyklęty by cię zabił.- Mogłeś zostać tam ze mną.- Wtedy zabiliby nas obu.Przez tą piekielną mgłę nic nie widziałem.Nawet ja niejestem w stanie pokonać setki Wyklętych.- Założę się, że przyznanie się do tego musiało boleć.- Palant z ciebie, nawet jak na Przyziemnego.Uratowałem ci życie i złamałem Prawo,żeby to zrobić.I to nie pierwszy raz.Mógłbyś okazać trochę wdzięczności.- Wdzięczności? - dłonie Simona zacisnęły się w pięści.- Gdybyś nie zaciągnął mniewtedy do Instytutu, nie byłoby mnie tutaj.Nie przypominam sobie, żebym się na to zgodził.- Zgodziłeś się - poprawił Jace - w chwili gdy powiedziałeś, że dla Clary zrobiszwszystko.To jest właśnie to wszystko.Zanim Simon zdołał wymyślić jakąś ciętą ripostę, rozległo się pukanie do drzwi.- Halo? - zawołała Isabelle.- Simon, skończyłeś już odgrywać primadonnę? Muszęporozmawiać z Jasem.- Wejdź, Izzy - powiedział Jace nie odrywając wzroku od Simona.W jego spojrzeniuczaił się gniew i wyzwanie, które sprawiło, że Simon zapragnął uderzyć go czymś ciężkim.Na przykład półciężarówką.Isabelle wsunęła się do środka szeleszcząc srebrną spódnicą.Gorset w kolorze kościsłoniowej odsłaniał jej nagie ramiona, pokryte atramentowymi runami.Simon pomyślał, że todobrze, że wreszcie przełamała swój opór by pokazać Znaki w miejscu, w którym żadenzwykły człowiek nie pomyślałby że są.- Alec idzie do Gardu - oznajmiła bez żadnych wstępów.- Zanim pójdzie, chceporozmawiać z tobą o Simonie.Zejdziesz na dół?- Jasne - odparł Jace, zmierzając w kierunku drzwi.W połowie drogi zdał sobiesprawę, że Simon idzie za nim, i odwrócił z groźnym wyrazem twarzy.- Ty zostajesz.- Nie na mowy - odparł Simon.- Jeśli macie mówić o mnie, to chcę przy tym być.Przez chwilę wydawało się, że lodowaty spokój Jace'a zaraz szlag trafi [ Pobierz całość w formacie PDF ]