[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Inni, cudzoziemcy, nosili bardziej egzotyczne stroje.Zawadiaccy ulicznicy, trudniący się w Dinander złodziejskim rzemiosłem, dzielili los z włóczęgami, którzy narazili się miejskim władzom.Również kondycja więźniów była rozmaita: hardzi osiłkowie rozpierali się na najlepszych miejscach przy wejściu do lochu, zaś zgnębieni torturami wieśniacy jęczeli w najciemniejszych kątach.Więzień, na którego los zawziął się najsrożej, leżał z ugiętymi nogami na środku celi, twarzą do mokrej podłogi.Brudna stopa w sandale sterczała w łacie blasku, poprzecinanej cieniem kraty.Niedola tego właśnie człowieka wyjątkowo troskała jego towarzyszy, którzy od dłuższej chwili głośnymi krzykami starali się zwrócić na siebie uwagę wartowników:— Straże! Biedak Stolpa umarł! Wyciągnijcie go stąd!— Tak, zabierzcie go z lochu! Zaczyna cuchnąć! Krępy więzień z bujną brodą podszedł do drewnianych drzwi i wymierzył w nie trzy kopniaki wystarczające, by mury więzienia zadrżały w posadach.— Zabierzcie go stąd! Zabierzcie go stąd!!! — zaczął wrzeszczeć.Więźniowie podjęli skandowanie, uzupełniając je przeciągłymi gwizdami.Krzyczeli wszyscy, którzy mieli na to dość siły, z wyjątkiem młodego mężczyzny, opartego o ścianę obok wejścia.Był to barbarzyńca z Północy.Wysoki, doskonale umięśniony młodzieniec wyglądał na osiemnaście wiosen.Miał bujne, czarne włosy i dostrzegalne zaczątki brody.Nie dopasowane spodnie i koszula nemediańskiego kroju wyglądały groteskowo na jego wspaniale umięśnionym ciele.Barbarzyńca nie spuszczając wzroku z drzwi, rozmawiał szeptem ze stojącym obok mężczyzną, łotrzykiem o złamanym nosie, który wszczął panujący obecnie zamęt.— Idą! — poznaczone bliznami oblicze starszego mężczyzny spoważniało.— Pamiętaj, co masz zrobić, Conanie! Inni też mają swoje zadania.— Oczywiście, Rudo.Rozległy się kroki za drzwiami i szczęk żelaza.Młodzieniec wyprostował się.Wrzaski współwięźniów stopniowo ucichły.— Zatracone łajno! — zagrzmiał chrapliwy głos na korytarzu.— Spokój ma być, inaczej każę was naszpikować strzałami!Brodacz, który kopał w drzwi, rozłożył dłonie w błagalnym geście i wskazał nieruchomą postać na środku lochu.— Wasza miłość, Stolpa skonał parę godzin temu.W celi i tak jest tłoczno.Prosimy, żeby go stąd zabrano.— Zdechł, co? — rzucił ochryple niewidoczny dozorca.— Który z was go zadusił, łotry?— Żaden, panie — brodacz nerwowo ścisnął dłonie.— Wiesz przecież, łaskawy panie, że od jakiegoś czasu chorował.— I dobrze.Niech sobie gnije.A ty razem z nim, Falmar! — Dozorca wymamrotał coś do kogoś z boku, po czym odezwał się ponownie: — Jaką mam pewność, że to nie sztuczka?Wśród więźniów rozległ się pomruk niezadowolenia.Garbatonosy Rudo przeszedł szybko na środek lochu, nakazał Falmarowi odsunąć się i powiedział do dozorcy:— Panie, za pozwoleniem…Demonstracyjnie kopnął leżącego mężczyznę z taką siłą, że przesunął jego ciało o dobre dwie stopy.— Cierpienia Stolpy dobiegły kresu, panie — Rudo odwrócił się w stronę drzwi i nieznacznie pochylił głowę.— Nasze dopiero się zaczynają.Raczycie go zabrać, panie?!Więźniowie czekali w milczeniu, nieruchomi jak głazy.Po drugiej stronie drzwi rozległy się niewyraźne pytanie i odpowiedź, a następnie zabrzmiało warknięcie:— Dobrze, ale musicie sami go wynieść.Może umarł na jaką zaraźliwą francę? Wolno go nieść najwyżej dwóm, nikomu więcej.Rudo i Falmar dźwignęli ciało Stolpy za ręce i nogi.Gdy rozległo się głuche szczęknięcie zasuwy niemal wszyscy więźniowie drgnęli nerwowo.Ciężkie drzwi otworzyły się do środka.— No już! Wynoście go, żywo!Właścicielem chrapliwego głosu był mężczyzna o policzkach pokrytych siwą szczeciną, ubrany w spiżowy hełm i kamizelkę z czerwonej skóry — strój członków straży miejskiej.Zdecydowanym ruchem kuszy dał znak dwóm więźniom.Drugi, chudszy strażnik nie zdejmował dłoni z uchwytów antab, by zamknąć drzwi natychmiast po ich wyjściu.Gdy Rudo i Falmar mijali próg, wszyscy więźniowie naraz rzucili się do wyjścia.Młodzik z Północy chwycił za ramię trzymającego sztaby strażnika i wciągnął go do lochu.Równocześnie Rudo i Falmar upuścili Stolpę i rzucili się na starszego dozorcę.Rzekomy nieboszczyk cudownie zmartwychwstał i z furią wsparł ich atak.Młody barbarzyńca stracił parę cennych chwil na pozbawienie strażnika przytomności wściekłymi ciosami pięści.Kilkakrotnie szarpnął pałkę zawieszoną na nadgarstku ofiary tak silnie, iż rozległo się chrupnięcie rwanych ścięgien i łamanych kości.Wreszcie rzemień pękł.Barbarzyńca zacisnął rękę na broni z twardego drewna i odepchnął na bok nieprzytomnego strażnika.Conan wydał z głębi piersi mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy i rzucił się w ciżbę więźniów starających wydostać się z lochów.Do tego czasu w wartowni zrobiło się ciasno od walczących mężczyzn.Trzeciego dozorcę o nalanym karku powalono na ziemię i rozbrojono.Daremnie, z twarzą zalaną krwią, starał się wyczołgać spod prześladowców.Do walki włączyło się co najmniej czterech innych strażników [ Pobierz całość w formacie PDF ]