[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pantomima ta, zwiastująca przygotowania, miała głównie odciągnąć uwagę od Sebastiana, i przynajmniej w tym aspekcie zadziałała: wszystkie oczy zwróciły się ku mnie.- Obserwujcie bardzo uważnie - powiedziałem, wyciągając z jednej z walizek nowy rekwizyt i stawiając go na stole przed sobą.- Zwykłe pudełko po płatkach śniadaniowych.Ktoś z was je jada? Ja też nie.Raz spróbowałem, ale zaatakował mnie rysunkowy tygrys.- Nic.Ani śladu litości w czterdzieściorgu obserwujących mnie oczach.- Samo pudełko nie ma w sobie nic niezwykłego.Żadnej dodatkowej klapki, podwójnego dna.Obróciłem je kolejno we wszystkich trzech wymiarach, pstryknąłem mocno paznokciem, by zadźwięczało głucho, a potem podsunąłem otwarte pod nos Petera, żeby zajrzał do środka.Peter wywrócił oczami, jakby nie mógł uwierzyć, że każę mu brać w tym udział, i machnął ręką na znak, że bardziej przekonany o pustości pudełka już nie będzie.- Jasne - mruknął i parsknął wzgardliwie.Jego przyjaciele także się roześmieli - cieszył się taką popularnością, że każda jego wypowiedź, śmieszek bądź udawane pierdnięcie wywoływały chór powtórek.Miał w sobie to coś.Dajcie mu cztery może pięć lat, a wyrośnie na prawdziwego sukinsyna.Chyba że któregoś ranka przejdzie się drogą do Damaszku i spotka na niej coś wielkiego i szybkiego.- No dobrze.- Zatoczyłem pudełkiem szeroki łuk, by wszyscy ujrzeli, że nic w nim nie ma.- To tylko puste pudełko.Komu potrzebne coś takiego? Podobne pudełka zapełniają wszystkie wysypiska.Postawiłem je na ziemi otwartym końcem do dołu i rozdeptałem.Tym razem niektórzy widzowie przynajmniej się poruszyli - pochylili, choćby po to, by sprawdzić, jak dokładnie i przekonująco je zniszczyłem.Byłem bardzo dokładny.To konieczne.Jak u dominy, istnieje bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy intensywnością i siłą deptania a ostatecznym efektem.Kiedy pudełko zostało całkowicie spłaszczone, podniosłem je, a ono zadyndało w mojej lewej ręce.- Ale zanim się je wyrzuci - rzekłem, przebiegając surowym, nauczycielskim wzrokiem po rzędzie obojętnych twarzy - trzeba sprawdzić, czy nie stanowi zagrożenia biologicznego.Ktoś zechce to zrobić? Ktoś chciałby zostać w przyszłości inspektorem ochrony środowiska? Zapadła niezręczna cisza.Pozwoliłem jej trwać.Teraz piłka była po stronie Petera.Ja miałem go tylko zabawiać, nie wyręczać.W końcu jeden z typków z pierwszego rzędu wzruszył ramionami i wstał.Odsunąłem się na bok, zapraszając go na moją scenę - ogólnie rzecz biorąc, obejmującą obszar pomiędzy skórzaną kanapą i bufetem.- Proszę o oklaski dla naszego ochotnika - zasugerowałem.Zamiast tego wybuczeli go z sympatią - człowiek od razu widzi, kim są jego przyjaciele.Rozprostowałem pudełko kilkoma wyćwiczonymi ruchami i szarpnięciami.To była kluczowa część sztuczki, więc oczywiście postarałem się, by moja twarz nie zdradzała niczego i pozostała szara i nieciekawa jak budyń w szkolnej stołówce.Ochotnik wyciągnął rękę po pudełko.Złapałem go za przegub i odwróciłem dłoń do góry.- Poproszę drugą - rzekłem.- Zrób z nich miskę.Ferstehen Sie? Miskę.O tak.Właśnie.Doskonale.Powodzenia, bo nigdy nie wiadomo.Odwróciłem pudełko nad jego rękami i wielki, brązowy szczur wypadł dokładnie na splecione palce zaimprowizowanego koszyczka.Chłopak zagulgotał niczym przebite łóżko wodne i odskoczył, konwulsyjnie cofając ręce.Ja jednak byłem na to przygotowany i złapałem zgrabnie szczurzycę, nim upadła.A potem, ponieważ świetnie ją znałem, ubarwiłem jeszcze numer, gładząc kciukiem jej sutki.W odpowiedzi wygięła grzbiet i otworzyła szeroko pyszczek, zatem gdy uniosłem ją przed twarze dzieciaków, odpowiedziały mi stosowne krzyki i zachłyśnięcia.Oczywiście wcale im nie groziła.Znaczyło to raczej „więcej, wielkoludzie, daj mi więcej”, ale w ich wieku trudno, by znali podobne reakcje.Nie mieli też pojęcia, że wrzuciłem Rhonę do pudełka, gdy udawałem, że rozprostowuję je po zdeptaniu.Ukłon.Podziękowanie za oklaski.Wszystko świetnie, tyle że żadnych oklasków nie było.Peter wciąż siedział niczym posąg, a ochotnik wrócił na swoje miejsce w lekko nadszarpniętej aurze macho.Twarz Petera mówiła wyraźnie, że muszę dużo bardziej się postarać, by mu zaimponować.Pomyślałem zatem znów o drodze do Damaszku i będąc prawdziwym sukinsynem, sięgnąłem po aparat.*** Chciałbym na samym początku wyjaśnić, że osobiście nie uważam, że dorosły człowiek powinien w ten sposób odpędzać od swych drzwi głód; to Pen mnie namówiła.Pamela Elisa Bruckner.Nie mam pojęcia, czemu skraca swoje imię do Pen, a nie Pam, ale nie dyskutuję, bo to moja stara przyjaciółka i, tak się składa, prawowita właścicielka szczurzycy Rhony.Jest też moją gospodynią, przynajmniej chwilowo.A ponieważ nie życzyłbym tego nawet wściekłemu psu, co dzień dziękuję swemu szczęściu, że mam do czynienia z kimś, kto szczerze mnie lubi.Dzięki temu mogę pozwalać sobie na naprawdę sporo.Powinienem też dodać, że mam pracę - prawdziwą pracę, która przynajmniej od czasu do czasu pozwala mi opłacić rachunki.Lecz w obecnie omawianym okresie wziąłem sobie długi urlop: nie do końca z własnej woli i nie bez sporych problemów, związanych z płynnością finansową, wiarygodnością zawodową i szacunkiem dla samego siebie.Tak czy inaczej, Pen była zdecydowanie zainteresowana znalezieniem mi innej pracy.Ponieważ wciąż pozostawała porządną katoliczką (w chwilach, kiedy nie była wiccańską kapłanką), chodziła co niedziela na mszę, zapalała świeczkę Matce Boskiej i modliła się mniej więcej tymi słowy: „Proszę, Madonno, w swej mądrości i dobroci wstaw się za moją matką, choć zmarła obarczona wieloma grzechami ciała, daj odnaleźć znękanym narodom drogę do pokoju i wolności, i spraw, by Castor stał się wypłacalny.Amen”.Zazwyczaj jednak na tym się kończyło i oboje mogliśmy z tym żyć, toteż przeżyłem przykrą niespodziankę, gdy Pen przestała liczyć na boską interwencję i opowiedziała mi o agencji urządzającej przyjęcia dla dzieciaków, którą założyła ze zwariowaną przyjaciółką Leona.A także o obrzydliwym sukinsynu, magiku, który w ostatniej chwili dźgnął ją w plecy.- Ale ty mógłbyś to zrobić z łatwością, Fix - dodała nad kawą z koniakiem w podziemnym salonie.Od zapachu kręciło mi się w głowie: nie woni brandy, lecz smrodu szczurów, ziemi, gnijących liści, odchodów i róż pani Amelii Underwood, od zapachu wzrostu i rozkładu.Jeden z dwóch kruków Pen - chyba Arthur - stukał dziobem o najwyższą półkę biblioteczki, utrudniając mi skupienie.To była jej kryjówka, jej jądro grawitacji, odwrócony penthouse pod trzypiętrową potwornością, w której jej babka żyła i umarła w czasach, gdy po Ziemi wciąż jeszcze stąpały mamuty.Pen wiedziała, że ma tu nade mną przewagę, i właśnie dlatego mnie zaprosiła.- Umiesz władać prawdziwą magią - przypomniała słodko - więc udawana powinna być pestką.Zamrugałem parę razy, by przejaśnić oczy oślepione blaskiem świec, obolałe od kadzidła [ Pobierz całość w formacie PDF ]