[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W kieszeniach mieliśmy pełno gotówki, a nazajutrz miało być jej jeszcze więcej.A przecież w akademii czekało na nas jeszcze mnóstwo książek.Przy odrobinie szczęścia nadchodzącą zimę dane nam będzie spędzić w cieple i przy suto zastawionym stole.Nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo miało się niebawem zmienić nasze życie.3Bezsenność wywabiła mnie z łóżka około północy.Postanowiłem wyjrzeć na taras i spytać o wieści z Hiszpanii.Oczywiście były to informacje przesiane przez sito cenzury.Sekretarz Olarra, piastujący urząd komisarza politycznego, skrzętnie powiadamiał nas o sukcesach nacjonalistów, krytykując przy tym zawzięcie ducha republiki i mieszając z błotem broniących jej żołnierzy, których nazywał pogardliwie „hołotą bez twarzy”.Rubińos, najmłodszy z trzech radiotelegrafistów, pełnił dyżur z przymkniętymi oczami i słuchawkami na uszach.W prawej ręce trzymał ołówek, w lewej – niewielki notatnik, w którym zapisywał komunikaty napływające zza Pirenejów.Z jego miny można było wnosić, że morzy go sen i lada chwila wpadnie w objęcia morfeusza.–Coś nowego? – zapytałem.Rubińos zerwał się z krzesła niczym uśpiony szarak nakryty w norze przez myśliwego.Jasne, cienkie i delikatne włosy przylgnęły mu do ciemienia, niebieskie źrenice kręciły się w oczodołach, szukając właściwej pozycji, by na mnie spojrzeć.–Nic szczególnego, panie stypendysto.Może tylko tyle, że czerwoni nadalmordują duchownych, każąc im połykać krzyże i paciorki różańca.Jednej zakonnicyurżnęli cycki i porzucili martwą na plaży w Sitges.A w madryckim zwierzyńcuwpychają księży do klatek z lwami, zupełnie jak starożytni Rzymianie chrześcijan…Rubińos należał do młodzików, którzy nie przemilczą niczego i pławią się z rozkoszą w makabrycznych szczegółach.Okrucieństwo przeciwnika pomagało mu najwyraźniej utwierdzić się we własnych poglądach.–Proszę mi oszczędzić szczegółów.–Papieroska? – zaproponował Rubińos.– To krajanka włoskiej produkcji, gorsza od kostki rosołowej, jaką popalałem w mojej rodzinnej Galicii.Tatko mawia, że do wojowania potrzebne są dwie ręce, dwie nogi, para jaj oraz tytoń i kawa z prawdziwego zdarzenia.Jeśli tytoń i kawa są liche, w wojsku upada morale.Go ciekawe, Rubińos mówił, jakby front znajdował się za Tybrem, nie dwa tysiące kilometrów od nas.Ja natomiast nie umiałem przeżywać wojny w pierwszej osobie.–Dziękuję, nie palę.–To prawda, że udało się panu sprzedać pół tuzina książek za kupę szmalu? – zainteresował się.Wciągnąłem do płuc łyk gęstego, rozgrzanego powietrza 0 smaku wilgoci i słodkim aromacie papierosa Rubińosa.–Tak jakby – odparłem lakonicznie.–Tatko zawsze powtarza, że rzeczy najcenniejsze są na pozór bezwartościowe.Na przykład książki.Pomyślałem o Montse.Wyobraziłem sobie, że śpi, skrywając swą urodę pod wysłużoną pościelą akademii.Choć zapewne i w tym przypadku nie słuchała rad ojca.Być może spała, kusząc sen odsłoniętymi nogami i ramionami, podczas gdy prześcieradło obrysowywało jej piersi.Nagle zapragnąłem ją objąć, posiąść, uczynić swą własnością.Dostałem nawet gęsiej skórki, jakbym rzeczywiście musnął jej ciało.Ten ułamek sekundy wystarczył, bym się speszył i zawstydził.–Twój tatko ma rację.Gdyby ludzie więcej czytali, wszystko wyglądałoby terazinaczej – stwierdziłem.Rubińos zerknął na mnie z miną świadczącą o tym, że nie wie, jak rozumieć moje słowa.–Proszę mi wybaczyć, panie stypendysto, ale muszę wracać do radiotelegrafu –skwitował.Wszelkie próby wytłumaczenia Rubinosowi, że posada stypendysty nie wiąże się z żadną rangą wojskową ani akademicką, spełzły na niczym.W tym przypadku był równie ceremonialny jak rzymianie, którzy zwykli nazywać rozmówcę „doktorem”, „inżynierem”, „profesorem” a nawet „komandorem” bez względu na to, czy tytuł taki rzeczywiście mu przysługiwał.Podszedłem do balustrady, by rzucić okiem na Rzym.Miasto pogrążone było w błogim, mrocznym śnie, zakłócanym jedynie przez daleki warkot silnika i słabe bursztynowe światła latarni.Gdy mój wzrok oswoił się z ciemnością, zamajaczyły przede mną, niczym widma, niezliczone kopuły i wieże [ Pobierz całość w formacie PDF ]