[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Mam tu w kieszeni list do Burbridge’ów.- Klepnął się po pogrzebowo czarnej kamizelce.- Wspomniałem w nim, Lucy, o twoich gwałtownych, niekontrolowanych wybuchach gniewu i o twych skłonnościach samobójczych.Napisałem, że moim zdaniem nie powinnaś przebywać w towarzystwie dzieci, a tym bardziej opiekować się nimi czy wychowywać ich.- Nie byłbyś zdolny do takiej.- wykrztusiła z trudem.Serce waliło jej jak szalone.Nigdy nie przyszło-by jej do głowy, że brat może zachować się tak mściwie w stosunku do niej.- Jeśli nie wyjedziesz stąd jeszcze dziś.Jeśli do wieczora nie wsiądziesz na statek płynący do Anglii, wyślę ten list.Sądzę, że para takich mieszczuchów jak Burbridge’owie będzie pod wrażeniem.Wezmą sobie chyba do serca opinię profesora z Oksfordu, jak myślisz?Oczy Lucy zabłysły.- Burbridge’owie dobrze mnie znają, Yardleyu! Pracuję u nich od trzech łat.i nie zlęknę się twoich wyssanych z palca oskarżeń!Abbott westchnął.- Wcale nie są wyssane z palca.To szczera prawda.Doskonale pamiętam, jak rzuciłaś się na nieszczęsnego Hodgesa, kiedy przypadkiem zastrzelił twojego psa.Stratowałabyś go z pewnością, gdyby mnie przy tym nie było.A i tak biedak złamał nogę w kostce, uciekając przed twoim koniem.Twarz Lucy pociemniała.- To nie był żaden przypadek: Hodges stale się odgrażał, że zastrzeli Badgera, bo płoszy jego bażanty!Yardley wzruszył ramionami.- A co powiesz o tym okresie, gdy po śmierci siostry odmawiałaś jedzenia i przez cale tygodnie nie opuszczałaś swego pokoju?- Nigdy nie słyszałeś o bólu po stracie ukochanej osoby, Yardleyu? Wiem, że to uczucie jest ci całkiem obce, ale.- Po co biadać nad śmiercią nędznej istoty, już w zaraniu kobiecości skazanej na zagładę? Moim zdaniem, o wiele lepiej się stało.- Nie! - krzyknęła Lucy.- To, co mówisz, jest wstrętne i niesprawiedliwe! Susanne nie chciała mieć z tobą nic wspólnego, więc ją znienawidziłeś! Dlatego, że tobą wzgardziła.Blada twarz Yardleya zbielała jeszcze bardziej.- Widzę, że nadal masz urojenia.Lucy odsunęła się od niego i podeszła do okna.Na wprost stał wielki, elegancki powóz, tak że nie mogła dojrzeć morza.A tak potrzebowała w tej chwili tego kojącego widoku! Spojrzała na ekwipaż z taką samą nienawiścią, jak na Yardleya: to przecież tym powozem dojechał do oberży.- Może już dość tych oszczerstw? Nie zmusisz mnie do wyjazdu! Wolę rzucić się do morza, niż spędzić choćby minutę w towarzystwie twoim i tej żmii, którą poślubiłeś!- Ach, tak?.- mruknął z uśmieszkiem wyższości.- Znów się odzywa twoja mania samobójcza? Lucy, Lucy! Ofiarowuję ci bezpieczną przystań, a ty mówisz, że wolisz umrzeć!- Od siedmiu lat radzę sobie bez twojej pomocy.1 w dalszym ciągu tak będzie.chyba że zamierzasz iść za mną trop w trop jako uosobienie złego losu i zatruwać umysły wszystkich moich pracodawców!Abbott odezwał się łagodniejszym tonem:- Zawsze pragnąłem jedynie twego dobra.Powinnaś zająć należne ci miejsce w towarzystwie - przecież pochodzisz ze szlachetnego rodu, jesteś wnuczką barona.Mogłabyś poślubić sir Humphreya Dumbartona.Wyraziłbym na to zgodę, choć to zwykły hreczkosiej.- Nie muszę pytać cię o zdanie.w żadnej sprawie! Kiedy to wreszcie zrozumiesz?!- Rozumiem tylko jedno: potrzeba ci nieustannej opieki! To, że włóczysz się samopas po tej wyspie, najlepiej o tym świadczy.Ktoś musi nad tobą czuwać, podobnie jak musiał nad twoją matką.I wezmę na siebie to brzemię jako chrześcijanin i jako twój brat.Lucy wbiła paznokcie w dłonie, usiłując się opanować.To był jego stary chwyt: aluzje do tego, że odziedziczyła po matce skłonność do zaburzeń umysłowych.Uznałaby to nawet za zabawne, gdyby nie było takie irytujące.i takie straszne.- Oboje doskonale wiemy, że stan mojego umysłu nie budzi żadnych obaw.Przestań mnie denerwować, Yardleyu! Nie chcę mieć z tobą do czynienia.Wynieś się stąd czym prędzej!Abbott skrzyżował ramiona i potrząsnął głową.- Jeśli to będzie konieczne, zabiorę cię siłą.Jest ze mną jeden z moich ludzi, który zmusi cię do posłuchu.Czeka tuż obok, przy bufecie.Już on zadba o to, byś wyszła stąd bez awantur.Lucy miała właśnie powiedzieć bratu, co może zrobić ze swoim zbirem, gdy prowadzące na korytarz drzwi otworzyły się ze skrzypieniem i do jadalni wszedł leniwym krokiem Roddy Kempthorne.Obrzucił Yardleya zdumionym spojrzeniem.- Ooo! Bardzo przepraszam.Nie wiedziałem, że panna Parnell ma gościa.- Skłonił się lekko.- Rode-rick Kempthorne, do usług.Abbott zignorował jego uprzejme słowa.- To prywatna rozmowa, mój panie! Oczy Roddy’ego błysnęły.- Właśnie mi się zdawało, że w czymś przeszkodziłem.- Wobec tego może zechce pan wyjść - odrzekł Yardley lodowatym tonem.Lucy nie powiedziała ani słowa, ale spojrzała na Roddy’ego z niemym błaganiem.Była tak zaskoczona jego nieoczekiwanym przybyciem, że ledwie dostrzegła zmianę w wyglądzie młodzieńca.Strój kawalera z dworu Karola II zniknął; zastąpiła go kurtka do konnej jazdy, bryczesy z koźlej skóry i wysokie buty.Ubiór był modny, ale włosy w nieładzie, a chustka pod szyją związana byle jak.- Chyba jednak zostanę.- Kempthorne przyciągnął sobie krzesło, usiadł przy stole i zaczął smarować bułkę masłem.Rzucił Yardleyowi figlarny uśmiech.- Panna Parnell nie mogła się nachwalić jedzenia w oberży Greene’ów.O, wędzone śledzie: specjalność tej wyspy! - Podsunął widelec z gumowatym kawałkiem ryby pod sam nos mężczyzny w czerni.- Może pan skosztuje?Yardley odwrócił się gwałtownie w stronę przyrodniej siostry.- Kim, do diabła, jest ten błazen?! Roddy zabrał się do jedzenia bulki.- Słyszałem już gorsze wyzwiska - stwierdził i spojrzał na Abbotta, nie przerywając konsumpcji.Potem jego wzrok powędrował ku Lucy.- Znów spotkała panią jakaś przygoda, panno Parnell? Marnie pani wygląda.- Nic wielkiego - odparła, trzymając się oparcia krzesła.Roddy uśmiechnął się szeroko i mrugnął do niej.- Domyślam się, co dało się pani we znaki: pewnie jakieś straszydła! Wyłazi toto z tych cholernych mokradeł i przyczepia się do ludzi.Nie mam racji, panie?.Yardley znów go zignorował.Podszedł do drzwi i zawołał:- Tom! Chodź no tutaj!Po kilku sekundach na progu ukazał się młody osiłek z kuflem piwa w ręku.- Ten osobnik.- Yardley wskazał na Kempthor-ne’a, który niefrasobliwie trącał palcem leżące na tacy bułki - nie chce stąd wyjść.Może byś mu pomógł?Tom wzruszył ramionami i odstawił kufel na boczny stolik.Podszedł do Roddy’ego.- Niech pan zmiata po dobroci.Szkoda takiej buźki!- Tego już za wiele, Yardleyu! - odezwała się Lucy.- Po co nam ten zbir?!- To o panu? - spytał Roddy osiłka przyjaznym tonem.- Chyba jeszcze nigdy nie widziałem prawdziwego zbira!Yardley spojrzał na niego z pogardą.Potem jego wzrok pomknął w stronę Lucy.- Czy ten piękniś to twój obrońca? - Zaśmiał się sucho.- Chyba nawet ty, moja droga, mogłabyś sobie znaleźć ciekawszy okaz!Roddy spojrzał na niego spode łba z wyraźną urazą.- Ze mnie może pan sobie drwić, ale panny Parnell proszę w to nie mieszać!- Tom! - warknął Abbott.Osiłek wczepił się rękami w smukłe ramiona Kemp-thorne’a i ściągnął go z krzesła.W następnej sekundzie napastnik leżał już jak długi na podłodze, trzymając się za krwawiący nos.Roddy z westchnieniem poprawił fular.- Przykro mi, bracie - zwrócił się do powalonego zbira.- Robiłeś tylko to, co ci kazali [ Pobierz całość w formacie PDF ]