[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.To ja.Minęła krótka chwila, zanim wzięła moją rękę, skupiając wzrok na wysokości mojej piersi.W tym momencie ucieszyłem się, że mam do czynienia z kimś zbyt nerwowym na to, żeby ryzykować spojrzenie mi w oczy.Uścisnąłem jej dłoń zdecydowanie, choć delikatnie, po czym wypuściłem ją i przeszedłszy obok, otworzyłem drzwi biura.– Przepraszam za spóźnienie, ale wezwała mnie policja i musiałem pójść coś zobaczyć.– Tak? – spytała.– To znaczy, policja.Zamiast skończyć zdanie, zrobiła tylko ruch dłonią i weszła przez drzwi, które przed nią przytrzymywałem.– Czasami – przytaknąłem.– Zdarza się, że mają jakąś sprawę i chcą, żebym się nią zajął.– Jakiego rodzaju sprawę?Wzruszyłem ramionami i przełknąłem ślinę.Pomyślałem o ciałach w Madisonie i poczułem mdłości.Kiedy spojrzałem na Monikę, wpatrywała się w moją twarz, nerwowo przygryzając wargę.Pospiesznie odwróciła wzrok.– Czy mogę zaproponować pani kawę? – spytałem, zamykając za nami drzwi i zapalając światło.– Och, nie.Dziękuję, nie trzeba.Stała tam, patrząc na pudło pełne odrzuconych książek i trzymając przed sobą obiema rękami torebkę.Miałem wrażenie, że zaczęłaby krzyczeć, gdybym wydał z siebie jakiś dźwięk, więc starałem się poruszać ostrożnie i powoli, przygotowując sobie filiżankę rozpuszczalnej kawy.Przy wykonywaniu znajomych czynności oddychałem miarowo, dopóki nie uspokoiłem się zupełnie po spotkaniu z Marconem.Byłem gotów w tym samym momencie, co moja kawa.Podszedłem do biurka i poprosiłem Monikę, by usiadła na stojącym naprzeciwko krześle.– No więc co mogę dla pani zrobić?– Tak.Mówiłam już panu, że mój mąż.on.– kiwała głową wykonując dłońmi nieokreślone gesty.– Zaginął? – podpowiedziałem.– Właśnie – potwierdziła prawie z ulgą.– Ale to nie jest tajemnicze zniknięcie ani nic takiego.Po prostu go nie ma.– Zaczerwieniła się i zająknęła.– Tak jakby tylko spakował trochę rzeczy i wyjechał.Ale nic nikomu nie powiedział.I już się nie pokazał.Martwię się o niego.– Rozumiem.Od jak dawna go nie ma?– Dzisiaj mija trzeci dzień.Skinąłem głową.– Jednak musi być jakiś powód, że zwróciła się pani do mnie, a nie do prywatnego detektywa czy do policji.Znów się zaczerwieniła.Jej twarz o jasnej karnacji była wręcz stworzona do tego, by pokrywać się dziewczęcym rumieńcem.Wyglądało to całkiem pociągająco.– No tak.On się interesował.interesował się.– Magią?– Tak.Kupował różne książki w dziale religijnym.Nic podobnego do gry w rodzaju Lochy i smoki.Poważne rzeczy.Kupił też jakieś karty do tarota.– Wymówiła to jak „karota”.Ech, ci amatorzy.– I sądzi pani, że jego zniknięcie może mieć związek z tymi zainteresowaniami?Nie jestem pewna.Być może.Ostatnio był wytrącony z równowagi.Stracił pracę i było mu ciężko.Martwię się o niego.Myślałam, że ktoś, kto go odnajdzie, będzie mógł porozmawiać z nim o tym wszystkim.Odetchnęła głęboko, jakby zmęczona wysiłkiem związanym z wypowiedzeniem tylu zdań bez zająknienia.– W dalszym ciągu nie jest to dla mnie jasne.Dlaczego ja? Czemu nie policja?Zacisnęła dłonie na torebce, tak że aż jej palce zbielały.– Spakował się, panie Dresden.Policja pewnie by uznała, że opuścił żonę i dzieci.Nie szukaliby na serio.Ale on tego nie zrobił.Nie jest taki.On tylko chce zapewnić nam lepsze życie, naprawdę, to wszystko, czego chce.Zmarszczyłem brwi.Denerwujesz się, że może jednak mężuś cię porzucił, kotku?– Nawet jeśli – powiedziałem – to czemu przyszła pani do mnie? Czemu nie do prywatnego detektywa? Znam kogoś, na kim można polegać, jeśli pani chce.– Bo pan zna się na.– znów nieokreślony gest.– Na magii – dokończyłem.Monika przytaknęła.– Myślę, że to może być ważne.To znaczy, nie wiem.Ale myślę, że może.– Gdzie mąż pracował? – spytałem, wyciągając z kieszeni notes i robiąc zapiski.– SilverCo.To firma handlowa.Wyszukują rynki na różne towary i doradzają producentom, gdzie najkorzystniej inwestować.– Aha.A jak mąż ma na imię, Moniko?Przełknęła ślinę i dostrzegłem nerwowe drżenie, kiedy próbowała coś wymyślić, byle nie podawać mi jego prawdziwego imienia.– George – odpowiedziała w końcu.Popatrzyłem na nią.Zawzięcie wpatrywała się w swoje dłonie.– Moniko, wiem, jakie to musi być dla pani trudne.Proszę mi wierzyć, wiele osób denerwuje się, przychodząc do mojego biura.Jednak proszę mnie posłuchać.Nie chcę skrzywdzić pani ani nikogo innego.To, co robię, robię po to, żeby pomagać ludziom.To prawda, że ktoś dysponujący odpowiednimi umiejętnościami może posłużyć się czyimś imieniem, by tej osobie zaszkodzić, ale ja taki nie jestem.– Tu użyłem zdania, zapożyczonego od Johnny’ego Marconego.– To nie pomaga w interesach.Roześmiała się krótkim, nerwowym śmiechem.– Czuję się taka niemądra – przyznała się.– Ale nasłuchałam się tylu rzeczy o.– Magach.Rozumiem.Odłożyłem ołówek i złożyłem dłonie w sposób właściwy magom.Ta kobieta była zdenerwowana i miała określone oczekiwania.Mógłbym nieco uciszyć jej niepokój, gdybym spełnił niektóre z nich.Próbowałem nie patrzeć na wiszący za nią na ścianie kalendarz z czerwonym kółkiem pokazującym piętnasty zeszłego miesiąca.Spóźniona opłata za wynajem.Potrzeba zdobycia pieniędzy.Nawet biorąc pod uwagę honorarium za dzisiejszy dzień i to, co zarobię w przyszłości, potrwa wieki, nim miejska policja spłaci moje rachunki.Poza tym nigdy nie mogę się oprzeć, by nie pospieszyć na ratunek damie w opałach.Nawet jeśli nie jest ona stuprocentowo pewna, że chce być uratowana właśnie przeze mnie.– Moniko – powiedziałem więc – są we wszechświecie siły, z których ludzie nawet nie zdają sobie sprawy.Moce, których wciąż w pełni nie pojmujemy.Mężczyźni i kobiety, którzy mają do czynienia z tymi mocami, widzą sprawy w innym świetle niż zwykli ludzie.Dochodzą do zrozumienia różnych rzeczy w nieco odmienny sposób.To ich izoluje od innych.Czasami rodzi to niepotrzebne podejrzenia i lęki.Wiem, że czytała pani książki i oglądała filmy o tym, jak straszni są ludzie tacy jak ja, a Stary Testament też nie ułatwia sprawy.Jednak my naprawdę nie jesteśmy inni niż wszyscy pozostali.Posłałem jej swój najładniejszy uśmiech.– Chcę pani pomóc, ale żebym mógł to zrobić, musi mi pani choć trochę zaufać.Obiecuję.Daję słowo, że nie zawiodę pani.Widziałem, jak przetrawia to, co usłyszała, wpatrując się w swoje dłonie.– Victor – powiedziała w końcu.– Victor Sells.– Dobrze – wziąłem ołówek i skrupulatnie zapisałem.– Czy jest jakiekolwiek miejsce, do którego mógł pojechać, jakie przychodzi pani do głowy bez zastanowienia?Przytaknęła.– Dom nad jeziorem.Mamy dom blisko.– wykonała kolejny ruch ręką.– Jeziora?Jej twarz pojaśniała, a ja pomyślałem, że muszę być bardzo cierpliwy.– W Lake Providence, za granicą stanu, nad jeziorem Michigan.Tam jest pięknie jesienią.– W porządku.A czy wie pani o jakichś przyjaciołach, z którymi mógł pojechać się zobaczyć, o rodzinie, którą mógł odwiedzić, coś z tych rzeczy?– Och, Victor nie kontaktował się ze swoją rodziną.Nigdy nie wiedziałam dlaczego.W ogóle o nich nie mówił.Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat i ani razu o nich nie wspomniał.– OK – zanotowałem i tę informację.– A przyjaciele?Zagryzła wargi w typowy dla siebie sposób.– Właściwie nie.Przyjaźnił się z szefem i paroma osobami z pracy, ale po tym, jak go wyrzucono.– No tak.Rozumiem.Cały czas notowałem, oddzielając poszczególne myśli grubymi liniami [ Pobierz całość w formacie PDF ]