[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Ned.Wszystko w porządku.Potrząsnął zapalczywie głową.– Gdyby istniał Bóg, byłaby jakaś przyczyna – powiedział.Patrzył w ziemię.Moja ręka nadal spoczywała na jego plecach, które poruszały się gwałtownie, jakby właśnie skończył wyścig.– Gdyby istniał Bóg, przez to wszystko biegłaby jakaś nić.Ale nie biegnie.Przynajmniej jej nie widzę.– Jeśli będziesz miał dzieci, powiedz im, że dziadek zginął na posterunku.Przyprowadź je tutaj i pokaż jego nazwisko na tablicy, pomiędzy innymi.Jakby mnie nie słyszał.– Miałem taki sen… To koszmar.– Zamilkł, zastanawiając się, jak to opowiedzieć, potem po prostu zaczął mówić.Śniło mi się, że tamto to tylko był sen.Rozumiesz, co mówię? Przytaknąłem.– Budzę się z płaczem, rozglądam po pokoju i świeci słońce.Śpiewają ptaki.Jest rano.Czuję dobiegający z parteru zapach kawy i myślę: „Nic mu nie jest.O Jezu, dziękuję Ci, Boże, mojemu staremu nic się nie stało”.Nie słyszę jego głosu ani nic, ale po prostu wiem.I myślę, że to był głupi pomysł, że mógłby iść do jakiegoś gościa, żeby powiedzieć o odklejonej łacie, i że go rozjechał jakiś pijak, że coś takiego może się najwyżej przyśnić w głupim koszmarze, gdzie wszystko wydaje się takie prawdziwe… i zaczynam wstawać… czasami widzę, że wsuwam kostki w plamę światła… nawet czuję ciepło… i wtedy budzę się naprawdę i jest ciemno, jestem okryty kocami, ale i tak mi zimno, drżę i jest mi zimno, i wiem, że to tamten sen był snem.– Okropne – przyznałem, pamiętając, że kiedy byłem mały, miałem własny odpowiednik tego snu.Chodziło o mojego psa.Chciałem mu o tym powiedzieć, ale jednak nie zrobiłem tego.Rozpacz rozpaczą, ale co pies, to nie ojciec.– Nie byłoby tak źle, gdyby to mi się śniło co noc.Wtedy chybabym wiedział, że kawa wcale nie pachnie, że nie jest nawet rano.Ale on nie nadchodzi… nie nadchodzi… a potem znowu jest i znowu daję się nabrać.Jestem taki szczęśliwy, czuję taką ulgę, nawet zastanawiam się, czym by mu sprawić przyjemność, na przykład, żeby mu kupić na urodziny te hantle, co mu się tak podobały… i wtedy się budzę.Znowu dałem się nabrać.Może to z powodu myśli o urodzinach jego ojca, których w tym roku nie obchodzili i nigdy już nie będą obchodzić, po jego policzkach popłynęły nowe łzy.– To okropne, że tak się daję nabierać.Jest tak jak wtedy, kiedy pan Jones przyszedł i wywołał mnie z lekcji historii, żeby mi powiedzieć, ale jeszcze gorzej.Bo kiedy się budzę w ciemnościach, jestem sam.Pan Grenville… to szkolny psycholog… mówi, że czas goi wszystkie rany, ale to już prawie rok, a ten sen ciągle wraca.Pokiwałem głową.Pamiętałem, jak Pięćkilek, zastrzelony pewnego listopadowego dnia przez myśliwego, sztywniał w kałuży własnej krwi pod białym niebem, gdy go znalazłem.Białe niebo, zapowiedź zimowego śniegu.W moim śnie, kiedy zbliżałem się na tyle, żeby widzieć, to był zawsze jakiś inny pies, nie Pięćkilek, i czułem tę samą ulgę, dopóki się nie obudziłem.A wspomnienie o Pięćkilku przypomniało mi przelotnie o naszej barakowej maskotce z dawnych lat.Pan Dillon, tak go nazywaliśmy, na część szeryfa z telewizji, granego przez Jamesa Arnessa.Dobry piesek.– Znam to uczucie.– Tak? – Spojrzał na mnie z nadzieją.– Tak.Będzie lepiej.Wierz mi, będzie.Ale to był twój tata, nie szkolny kolega albo sąsiad z naprzeciwka.Ten sen może się powtarzać jeszcze przez rok.Albo nawet przez dziesięć lat.– To koszmar.– Nie.To pamięć.– Gdyby był jakiś powód… – Patrzył na mnie żarliwie.Cholerny powód.Rozumiesz? – Jasne.– Jak myślisz, jest? ^Chciałem mu powiedzieć, że nic nie wiem o powodach, tylko o łańcuchach -jak się tworzą, ogniwo po ogniwie, z niczego; jak wplatają się w świat.Czasami można taki łańcuszek chwycić i wyciągnąć się z czarnej dziury.Ale na ogół się w nie wplątujesz.Tylko wplątujesz, jeśli masz szczęście.Albo się nimi dusisz, jeśli ci go brak.Znowu przyłapałem się na tym, że spoglądam na Barak B.Spoglądając na niego, myślałem, że gdybym potrafił się pogodzić z tym, co stało w jego mrocznym wnętrzu, Ned Wilcox mógłby się pogodzić z życiem bez ojca.Ludzie mogą się pogodzić niemal ze wszystkim.To chyba najlepsze, co nas może spotkać.Oczywiście to także najgorsze.– Sandy? Jak myślisz?– Myślę, że pytasz nie tego faceta, co trzeba.Znam się na robocie i nadziei, i odkładaniu na ZDE.Uśmiechnął się.W Jednostce D wszyscy bardzo poważnie mówili o ZDE, jakby był to jakiś supertajny pododdział policji.Tak naprawdę chodziło o Złote Dni Emerytury.To chyba Huddie Royer pierwszy zaczął o tym mówić.– Znam się też na zabezpieczaniu dowodów, dzięki czemu żaden cwany obrońca nie podetnie ci nóg w sądzie, żebyś wyglądał jak idiota.Poza tym jestem tylko kolejnym pogubionym amerykańskim facetem.– Przynajmniej mówisz prawdę.Ale czy rzeczywiście? Wtedy nie czułem się jakoś szczególnie prawdomówny; czułem się jak mężczyzna, który nie umie pływać i spogląda na tonącego w głębinie chłopca.Jeszcze raz mój wzrok spoczął na Baraku B.Czy tu jest zimno? – spytał ojciec tego chłopca, dawno, dawno temu, w zupełnie innych czasach.– Czy tu jest zimno, czy tylko mi się wydaje? Nie, nie wydawało mu się.– O czym myślisz? – Szkoda gadać – odparłem.– Co będziesz robił latem? -Hm? – Jak spędzisz lato?Na pewno nie będzie grać w golfa w Maine ani pływać łódką po jeziorze Tahoe; stypendium czy nie, potrzebował każdego grosza.– Pewnie znowu Centrum Rekreacji – rzekł bez entuzjazmu.– Pracowałem tam w zeszłe wakacje, zanim… wiesz.Zanim jego ojciec… Kiwnąłem głową.– W zeszłym tygodniu dostałem list od Toma McClannahana, że trzyma dla mnie miejsce.Coś wspomniał o trenowaniu Małej Ligi, ale to chyba tak na wabia [ Pobierz całość w formacie PDF ]