[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Straciła już rachubę rozmów, których była świadkiem, niczym kibic na meczu tenisa, tylko bez piłki, choć czasem z rakietami.Teraz przywykła już na tyle, że nie obracała głową tam i z powrotem, by śledzić odbicia piłki.Poruszała tylko oczami.Mecze Karlinich były inne niż rozgrywki Shaa lub kogokolwiek, kogo znała.To, co mówił Karlini często wydawało się nie mieć związku z tematem rozmowy.Karlini robił to każdemu, ale przy swojej żonie stawał się jeszcze gorszy.Czy to dlatego, że tak długo byli małżeństwem, czy też po prostu zmierzał w inną stronę? Tildy zerknęła leniwie na mewę, która jak zwykle nie zwracała uwagi na wywody Karliniego, od czasu do czasu skubiąc jedynie czyjeś ucho.Nagle mewa usiadła i popatrzyła wprost na nią.- O nie, nic z tego - syknęła Tildy.- Już masz jedno ramię.Mewa zaskrzeczała i poruszyła dziobem, po czym wymierzyła go wprost w ucho Karliniego.- Au! Przestań! -warknął Karlini.-Kiedy przybijemy do brzegu Peridolu, idę prosto do biblioteki, żeby znaleźć egzorcyzm przeciwko morskiemu ptactwu.- Usiądź i zjedz kawałek sera, kochanie - odezwała się kojąco Roni.- Winogrona też są świeże.- Nie chcę winogron - rzucił Karlini, siadając jednakże i natychmiast zapominając o wszystkim.Dlaczego Roni tak na niego patrzyła?- Co? O co chodzi?- Co z tobą, kochanie? Warczysz na wszystkich, odkąd opuściliśmy Oolsmouth.- Nic się nie stało, wszystko w porządku.Nudzę się.Nie lubię statków.Nic mi nie jest.Dobrze się czuję.- Akurat.Karlini zdobył się na krzywy uśmiech.- Widzisz? Nic się nie stało.Lubisz uśmiechy, prawda?- Prawda.Świetnie.- Co ja takiego powiedziałem? Teraz się na mnie wściekasz.- Nic się nie stało, tak? A ja się nie wściekam.- No to świetnie.- Świetnie.- Bardzo dobrze.- Eeee.kochani? - wtrąciła Tildy, spoglądając niepewnie na mierzących się wściekłym spojrzeniem małżonków.Karlini siedział z założonymi rękami, a wyraz twarzy Roni pozwalał przypuszczać, że przed chwilą pociągnęła spory łyk mleka, którego zaklęcie świeżości upłynęło co najmniej przed tygodniem.- Przecież się kochacie, prawda? Dlaczego ciągle skaczecie sobie do oczu?Było to równie nieprzyjemnie jak obserwowanie kłótni rodziców.Miała ochotę schować się pod stołem i udawać, że jej nie ma.Jej ojciec, były Lew z Doliny Oolvaan, usiłował całkowicie wykorzenić z niej takie skłonności, podobnie jak inne, które nie przypominały zaciekłości wściekłego psa.W rodzinie Montów nie tolerowało się słabości.To dlatego jej brat Jurtan miał tyle nieprzyjemności.To przez te ataki drgawek Lew patrzył na niego jak na dziwnego bezkręgowca, którego kot przyniósł z podwórka i porzucił na środku dywanu z kompletem papierów adopcyjnych.Ciekawe, jak sobie teraz radzi.Karlini miał swoje sposoby, by zorientować się, co słychać u niego i Maxa, ale Roni miała rację: Karlini w ogóle nie zrobił za wiele od czasu opuszczenia Oolsmouth.Przeważnie szwendał się bez celu po pokładzie i robił wszystkim przykre uwagi.- W związku małżeńskim oprócz miłości jest miejsce na inne rzeczy - odezwała się Roni dokładnie w chwili, kiedy zmęczona długim oczekiwaniem Tildy uznała, że oboje jej nie dosłyszeli.- Decydujesz, co jest najważniejsze, i trzymasz się tego: zaufanie, szczerość, porozumienie, rozmowa.- Nie mam o czym mówić! - zaprotestował Karlini.- Widzę - syknęła Roni.-A więc porozumieliśmy się.- No i dobrze.- Bardzo dobrze.- Świetnie.- Wydaje mi się - odezwała się Tildy - że gdyby Karlini zajął się czymś, zamiast.- Nie potrzebuję małżeńskich porad od nieletnich - warknął Karlini.Może jednak usłuchał.- Zostawcie mnie w spokoju.No dobrze, zdenerwowałem się, wielkie rzeczy.Ładujemy się w sam środek nie wiadomo jakich kłopotów w Peridolu.To wystarczy, żeby wytrącić człowieka z równowagi.Poza tym.och, mniejsza o to.Poza tym zawsze jest Haddo.- Tak - od strony rufy dobiegł piskliwy głos.- Zawsze Haddo jest.Tildy obejrzała się przez ramię.Głos świadczył bez wątpienia, iż Haddo zbliża się w ich kierunku, ale zawsze można było się łudzić.Za Haddem podążał zaniepokojony Wroclaw.- Dziękuję - wymamrotał Karlini.- Doskonale.Karlini nie przepadał za potyczkami z żoną, zwłaszcza kiedy Tildy dorzucała swoje trzy grosze.Widok Hadda zwiastował wybawienie.Powinien się ucieszyć, ale nie mógł zapominać, że widok Hadda oznaczał również nowe komplikacje.Drobne kroki zatrzymały się przy stoliku i Karlini musiał przyznać, że chcąc nie chcąc, został zmuszony do konfrontacji.- Pora na negocjacje? - spytał.Mroczny otwór kaptura Hadda skierował się w jego stronę, płonące w próżni czerwone iskry zwęziły się z dezaprobatą, a górna krawędź kaptura opadła na nie, niczym zmarszczone groźnie brwi.- Mistrzu, O Wielki - powiedział.- Hołd składamy ci, drobni słudzy.Mistrzem jesteś ty, lekko traktować poważne sprawy możesz.- Zakładam, że to potwierdzenie - podsumował Karlini i zmarszczył się jeszcze okropniej, jeśli to w ogóle było możliwe.- Zakładam, że powinienem to załatwić.- Zakładasz? - powtórzył Haddo.- Zakładaj nic.Tylko działaj.- Słucham? Mam ci w dodatku płacić za te perły mądrości?Roni przyglądała mu się, kiedy niechętnie oddalał się w otoczeniu tej małej świty, a Tildamire przyglądała się Roni.Jeszcze nigdy nie widziała jej w takim stanie.Roni westchnęła.Właściwie, pomyślała Tildy, której wszyscy powtarzali, że precyzja wypowiedzi jest rzeczą najwyższej wagi, właściwie to bardziej męskie byłoby “Ha!”.Nazwanie tego wykrzyknika westchnieniem nadałoby mu niewłaściwe wibracje.- No, nie wiem - odezwała się Roni, nieświadoma jej wewnętrznej walki z nazewnictwem.- Żyjesz z kimś całymi latami, zaczynasz myśleć, że znasz tego kogoś, a potem nagle patrzysz, a on zmienił się w obcą osobę.- A może to jest tak, jak powiedział.Martwi się - podsunęła Tildy.- Uważa, że powinien mnie pilnować przed marynarzami.Chciałabym, żeby dał sobie z tym spokój, przynajmniej odrobinę.Ja już mam jednego ojca.I w ogóle.Ojciec uznał, że sobie poradzę.W przeciwnym razie nie puściłby mnie z wami.Roni znowu przestała jej słuchać.I dobrze, pomyślała Tildy.Z tym o ojcu trochę przesadziłam.W opinii Lwa jedyną osobą, która poradzi sobie w życiu, był sam Lew.- Karlini nie lubi łodzi.Roni bawiła się winogronami z salaterki.- Nie lubi, ale jeszcze nigdy nie reagował w ten sposób.Normalnie robi się zielony, siedzi w kajucie i jęczy.Nie jestem wredna.To przez niego.Coś przede mną ukrywa.Zawsze był okropnym kłamczuchem.- No, może.Ale po co by mu to było? Poza tym, jeśli to robi, to jest nieszczęśliwy.- Coś ci powiem.Cokolwiek to jest, już ja się dowiem wszystkiego - w powietrze strzyknęła strużka soku.Roni strząsnęła z palców wyciśniętą skórkę.Tildy zapatrzyła się tępo w winogronową marmoladę.Tylko nie sil się na metafory, ostrzegła się.Ale wizja zmiażdżonego grona jakoś nie chciała jej opuścić.Coś jej mówiło, że podobny los spotka w przyszłości kogoś jeszcze.Wielki Karlini zatrzymał się na przeciwległym krańcu pokładu.Oparł się o barierkę, by móc podziwiać uroki podróży, i odezwał się cicho:- Czy to już według ciebie odpowiednio daleko od wszystkich? Haddo wbił w niego ciężki wzrok.Pod peleryną rysował się kształt rąk, mocno opartych na części ciała, która w przypadku istoty humanoidalnej powinna być biodrami [ Pobierz całość w formacie PDF ]