[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.CONN IGGULDEN BRAMY RZYMUPrzekład Bogumiła MalareczkaSynowi Cameronowi i bratu Halowi, drugiemu członkowi Klubu Czarnego Kota.PODZIĘKOWANIABez pomocy i wsparcia wielu osób ta książka nigdy by się nie zaczęła ani nie skończyła.Chciałbym podziękować Viktorii, która była mi stałym źródłem pomocy i zachęty.Także redaktorom z Harper Collins, czuwającym, by powieść powstawała bez wielkiego bólu.Jakiekolwiek omyłki są niestety moje.Również Richardowi, który pomógł mi ugotować kruka i uwiarygodnić Marka.I wreszcie mojej żonie Elli, pełnej wiary we mnie i w moje pisanie.ROZDZIAŁ IDwaj chłopcy wędrowali ścieżką przez las.Obaj byli jednakowo oblepieni błotem i żaden nie przypominał istoty ludzkiej.Wyższy niósł skórzany worek rzecznych kamyków.Miałniebieskie oczy, które na tle brązowej skorupy błota wydawały się nienaturalnie jasne.- Zobaczysz, zabiją nas za to, Marku - odezwał się do niższego i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.- To twoja wina, Gajuszu, ty mnie pierwszy popchnąłeś.Nie wierzyłeś, jak ci mówiłem, że dno jeszcze nie wyschło?Niższy zaśmiał się, pchnął przyjaciela w krzaki i z radosnym wrzaskiem popędził przed siebie.Gajusz wygramolił się na ścieżkę i rzucił w pogoń, wymachując skórzanym workiem jak dyskiem.- Wypowiadam ci bitwę! - Krzyknął wysokim, chłopięcym głosem.Lanie, jakie mogli oberwać za zniszczenie tunik, było jeszcze wieki przed nimi, i obaj umieli wykręcać się od kłopotów - liczył się tylko pęd leśnymi ścieżkami, do utraty tchu, i płoszenie ptaków.Obaj byli na bosaka i obaj mieli stwardniałe pięty, choć dla każdego było to dopiero ósme lato.- Tym razem go dopadnę - wysapał Gajusz w biegu.Wciąż nie rozumiał, jak Marek, który miał tyle samo rąk i nóg, potrafi poruszać nimi szybciej.Jak się jest niższym, powinno się stawiać krótsze kroki, to oczywiste.Roztrącane liście smagały go po ramionach i w piersi zaczynało piec nieznośnie, ale już słyszał kpiący głos Marka, tuż przed sobą.Zziajany wypadł na leśną polanę i stanął jak wryty.Marek leżał na ziemi, trzymał się za głowę i nieporadnie próbował usiąść, a nad nim pochylało się trzech starszych chłopców.Gajusz jęknął.Zapędzili się z Markiem za daleko, przekroczyli granice posiadłości ojca i wpadli do lasu sąsiadów.Powinien zauważyć ścieżkę graniczną, ale pochłonęła go chęć złapania Marka, choć raz.- I co my tu widzimy, przyjaciele? Jakąś parę błotnych rybek, które wypełzły z rzeki, tak?To Swetoniusz, najstarszy syn właściciela sąsiedniego majątku.Czternastolatek zabijał czas przed pójściem do wojska.Dwaj młodsi chłopcy mogli tylko pomarzyć o tak wyćwiczonych muskułach.Miał szopę jasnych włosów, policzki i czoło obsypane krostami o białych czubkach, czerwone, groźnie wyglądające wypryski w wycięciu ozdobnej tuniki i długi prosty kij w ręku.No i przyjaciół, by im imponować, oraz wolne długie popołudnie.Gajusz był przestraszony, wiedział, że pewność siebie nic nie pomoże.Weszli z Markiem na cudzy teren, najlepsze, co ich czekało, to kilka kijów, najgorsze - połamanie kości.Zerknął na Marka i zobaczył, że chłopiec niezdarnie usiłuje stanąć na nogi.Na pewno oberwał czymś porządnie, kiedy wpadł na starszych chłopców.- Pozwól nam odejść, Toniuszu, czekają na nas w domu.- Gadająca błotna ryba! Zbijemy majątek, chłopaki! Trzymajcie ich, mam sznurek do wiązania wieprzków, w sam raz przypasuje błotnym rybkom.Nie zanosiło się na zabawę.Ucieczka, przy takim stanie Marka, nie wchodziła w rachubę.Napastnicy byli okrutni i należało obchodzić się z nimi ostrożnie, jak ze skorpionami.Dwaj przyjaciele Swetoniusza trzymali swój sprzęt w pogotowiu.Gajusz nie znał ich.Jeden zajął się Markiem, a drugi, przysadzisty, o tępej twarzy, wbił swój kij w jego żołądek.Chłopiec zgiął się wpół, a jego jęki najwyraźniej rozśmieszyły oprawcę.- O, tu jest mocna gałąź - powiedział Swetoniusz.- Zwiążcie im nogi i powieście obu, niech się huśtają.Urządzimy sobie zawody w rzucie oszczepem i ciskaniu kamieniami.- Twój ojciec zna mojego.- Gajusz, wciąż trzymając się za brzuch, zaczynał się bronić.- To prawda, chociaż go nie lubi.Mój jest prawdziwym patrycjuszem.Nie tak jak twój.Gdyby zechciał, twoja rodzina mogłaby być u niego na służbie, a ja bym kazał twojej pomylonej matce szorować podłogi.Przynajmniej wdaje się w dyskusję, pomyślał Gajusz.Tymczasem jego oprawca już związałmu stopy sznurkiem z końskiego włosia i był gotowy podciągnąć go w powietrze.Co mógłby powiedzieć, czym zastraszyć Swetoniusza? Jego ojciec nie miał żadnej realnej władzy w mieście.Zrodziny matki wyszło kilku konsulów - właśnie, to było coś.Wujek Mariusz był szanowaną osobistością, tak mówiła matka.- Jesteśmy nobilitas.mój wujek Mariusz to nie byle.Przerwał mu krótki piskliwy krzyk - na przerzuconym przez gałąź sznurku huśtał się Marek, nogami do góry.- Przywiąż końce sznurka do tamtego pnia.Następna rybka - powiedział Toniusz, śmiejąc się od ucha do ucha.Gajusz zauważył, że obaj przyjaciele Toniusza posłusznie wykonują jego rozkazy.Odwoływanie się do któregokolwiek było bezcelowe.- Puść nas, ty pryszczaty zaropialcze! - wrzasnął Marek, z pociemniałą od uderzenia krwi twarzą.Gajusz jęknął.Teraz ich zabiją, to pewne.- Idioto, po co wspominasz o krostach, nie rozumiesz, że jest czuły na ich punkcie?!Przysadzisty, który właśnie przerzucał jego sznurek na gałąź Marka, zastygł z wrażenia.Swetoniusz uniósł brew.- Och, popełniłaś błąd, rybko - wysyczał.- Decjuszu, podciągnijże go w końcu.Puszczę mu trochę krwi.Nagle świat przechylił się obrzydliwie.Gajusz usłyszał skrzypienie sznurka i cichy szum w uszach, kiedy krew spłynęła mu do głowy.Obrócił się powoli wokół własnej osi i zobaczył Marka w tej samej niewygodnej pozycji.Nos przyjaciela był zakrwawiony od oberwanych na ziemi razów.- Myślę, że w tej pozycji przestanę krwawić z nosa, Toniuszu.Dziękuję ci bardzo.- Głos Marka drżał, lecz brawura przyjaciela dodała Gajuszowi ducha.Kiedy Marek zjawił się w ich domu, był nerwowy z natury i na swój wiek trochę za mały.Gajusz oprowadził go po majątku ojca i na koniec obaj wylądowali w stodole, na samej górze świeżo zwiezionego siana.Popatrzyli w dół, na klepisko, na jakąś pojedynczą kopkę i Gajusz zauważył, że Markowi trzęsą się ręce.- Zjeżdżam pierwszy.Zobaczysz, jak to się robi - powiedział i z głośnym wrzaskiem zjechałna dół.Przez kilka sekund, zadzierając głowę, czekał na pojawienie się Marka.I kiedy już zwątpiłw odwagę chłopca, drobna figurka wystrzeliła wysoko w powietrze.Gajusz odskoczył na bok, a Marek, zachłystując się własnym oddechem, wpadł w sam środek kopki.- Myślałem, że nie zjedziesz.Że za bardzo się boisz - powiedział Gajusz do leżącego plackiem i przecierającego podrażnione pyłem oczy chłopca.- Bałem się - odparł Marek spokojnie - ale więcej nie będę.Po prostu nie będę [ Pobierz całość w formacie PDF ]