[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie takie to proste zostać kierownikiem sklepu komisowego.— Jak pracowała?— Znała się na handlu.Miała dużo znajomości.Nic więc dziwnego, że nasz sklep zawsze wyrabiał plany.Była względna dla ludzi.Nie taka, co chciałaby wszystko sama zagarnąć.— Ile zarabiała?— Oficjalnie pensji i premii miała razem ponad trzy tysiące.— Ą nieoficjalnie?— Co ja tu będę ukrywać.Pan major zna przecież te sprawy.W komisie można zarobić.— Były nadużycia?— Broń Boże — zastrzegła się Wróblewska.— Wszystkie remanenty zawsze u nas wypadały bardzo dobrze.— Przy zamordowanej znaleziono 20 tysięcy złotych — zauważył major.— To chyba nie z pensji?…— Może pani Krystyna odwoziła pieniądze jakiemuś naszemu klientowi?— Są takie zwyczaje w komisach? — major udał zdziwienie.Janina Wróblewska uśmiechnęła się.— Zwyczaju nie ma, ale nieraz robi się klientowi grzeczność.To przecież się opłaci.— Proszę mi bliżej wytłumaczyć — - major uznał za słuszne grać rolę człowieka mało zorientowanego w różnych kombinacyjkach handlowych komisów.— Do komisów — Wróblewska zdecydowała się mówić bardziej otwarcie — różni ludzie wstawiają towary.I tacy, którzy przypadkowo dostali niepotrzebny im prezent, i tacy, którzy od czasu do czasu otrzymują przesyłkę zza granicy, także turyści oraz ludzie zawodowo jeżdżący za granicę.— No tak — przytaknął oficer milicji.— Ci, którzy od czasu do czasu coś wstawiają, to drobne płotki.Z nich by komis nie wyżył.Podstawą są tacy jak na przykład jedna nasza klientka, po kilkanaście razy w roku wyjeżdżająca na wycieczki zagraniczne.Z „Orbisem” i z każdym innym biurem.Ci ludzie stanowią naszą stałą klientelę.Wiedzą, co najlepiej przywieźć i co najprędzej pójdzie w komisie.Prócz nich są i tacy, którzy wolą nie wstawiać towaru na własne nazwisko.— Dlaczego?— To są przeważnie ludzie zawodowo jeżdżący za granicę.Pracownicy handlu zagranicznego, konwojenci, kierowcy na zagranicznych liniach, marynarze, lotnicy.Boją się, że jeżeli ich nazwisko zbyt często będzie się powtarzało na wykazach towarów, to po prostu przestaną wyjeżdżać.Ta kategoria naszych klientów posługuje się „końmi”.— Końmi?— „Koń” to w naszym handlu człowiek, który w zamian za jakąś prowizję wstawia do komisu towar na swoje nazwisko.Nieraz zdarza się, że nasz stały klient nie ma wielkiego zaufania do takiego „konia”.Tym bardziej kiedy wstawia jakiś cenny towar, na przykład futro karakułowe.Wtedy upoważnia kierownika sklepu, aby ten wypłacił „koniowi” tylko jego prowizję, a pieniądze zatrzymał.Być może, że właśnie pani Cieślikowska odwoziła te 20 tysięcy złotych jakiemuś takiemu klientowi.— Sprzedaliście tego dnia jakieś futro czy coś innego za dwadzieścia kilka tysięcy?— Nasz sklep ma duże obroty.A teraz sezon.Codziennie kasa jest duża.Zdarzają się dnie, że i po kilkadziesiąt tysięcy złotych.Czy była jakaś transakcja na większą sumę? Trzeba byłoby sprawdzić dowody kasowe.— Cieślikowska miała kilka futer.Nie kupiła ich chyba z pensji?Pani Wróblewska uśmiechnęła się kątem ust.— Szefowa, panie majorze, była młodą, przystojną kobietą.Miała dobrą głowę do interesów.Takie kobiety mają po kilka futer… Ostatnio pani Krystyna miała piżmowce, czarne karakuły i jasnopopielate, z długim włosem, rysie kanadyjskie.Znam dobrze te futra, bo wszystkie przecież były kupione w naszym komisie.— Tutaj?!— Oczywiście — po minie sprzedawczyni widziało się, że uważa oficera milicji za ostatniego safandułę, który nie rozumie nawet najprymitywniejszych spraw.— Mając trochę pieniędzy, można w komisie nieźle zarobić i nosić ładne futra.Po prostu często klient potrzebuje pieniędzy natychmiast, jak to się mówi, „na wczoraj”.Wtedy gotów jest oddać swój towar za pół ceny.O ile sobie przypominam, nasza szefowa kupiła karakuły za osiemnaście lub za dziewiętnaście tysięcy, a futerko warte było co najmniej trzydzieści pięć.Mogła więc spokojnie nosić je przez kilka miesięcy, a później odsprzedać z poważnym zyskiem komuś, kto właśnie szuka tego rodzaju towaru i gotowy jest za to odpowiednio zapłacić.— Cieślikowska często tak handlowała futrami?— Zdarzało się jej — dyplomatycznie odpowiedziała sprzedawczyni.— W razie potrzeby rozporządzała grubszą gotówką.Dlaczego więc nie miała zarobić i w dodatku nie zrobić komuś grzeczności?Major wolał nie zagłębiać się w dyskusję na temat tak ujętej moralności niektórych pracowników handlu uspołecznionego, zadał przeto następne pytanie: — Z kim Cieślikowska robiła tego rodzaju transakcje futrzane?Różni przychodzili do komisu.Wiadomo, jeżeli mieli jakiś większy interes na oku, to zwracali się bezpośrednio do szefowej.Ja nie byłam tego ciekawa, tylko dlatego utrzymałam się przez dziesięć lat w komisach, chociaż inni, jeśli wysiedzą w takim sklepie trzy latka, już są dumni.Tutaj trzeba dobrze pracować i nie patrzeć drugim na ręce, wtedy i samemu się wyżyje.Jeżeli zbytnio interesować się kierownikiem, to wiadomo, wystawi odpowiednią opinię i człowieka przeniosą.A jakże! Na równorzędne nawet i wyższe stanowisko.Na przykład do sklepu z pasmanterią… Na gołą pensyjkę.Przecież na każde miejsce w komisie czeka kilkadziesiąt, jeżeli nie kilkaset osób.I każda z nich ma plecy.Już i tak panu majorowi za dużo powiedziałam.Niech pani się nie obawia [ Pobierz całość w formacie PDF ]