[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zdziadkowego pokoju dobiegała mieszanka ludzkich głosów, szelestów i pisków.Jak zwykle o tej porze, słuchał radia, przemierzając skalę i chłonąc wielojęzyczny eterowy harmider.Nie rozumiał żadnego z tych języków, zapewne jednak wyobrażałsobie odległe miasta i kraje, które o zmierzchu nawiedzały jego pokój — wołała do niego Casablanca, szeptał coś Neapol, Kair krzyżował się z Kadyksem.Pasja dziadka była w domu sekretem, nie należało o niej mówić.Słuchanie światauprawiał w samotności, przy zamkniętych drzwiach, na starym tele-funkenie,nabytym czterdzieści lat temu.Raz tylko babka skomentowała jego namiętność.Chciał zostać marynarzem, powiedziała do mnie, ale komisja go odrzuciła, bo miałsłaby wzrok; osiadł w Jelnikach i nigdy się stąd nie ruszył, przez całeczterdzieści lat, odkąd kupił to radio.Telewizji nie uznawał.Wszedłem na swój stryszek, zaryglowałem drzwi.Chciałem podejść do okna iwyjrzeć na podwórze, ale się powstrzymałem.Zapaliłem lampkę przy otomanie.Wsłomkowym sztucznym świetle mój pokój prezentował się najładniej, był ciepły, przytulny.Światło dzienne, porcjowane skąpo przez małe okienko, szarzało i więdło w kątach.Teraz, leżąc na otomanie z łokciem pod głową, mogłem sycić się swoim bogactwem: starą busolą na trójnogu, mosiężnie lśniącym sekstansem,czarnymi figurami afrykańskich bożków, których rządek stał na długiej półce pod rozpiętymi na ścianie mapami oceanów i mórz.Na tych mapach już wykreśliłem kursy, którymi popłynę kiedyś swoim jachtem.Nie tak jak dziadek — w marzeniach, ani jak mój ojciec — frachtowcem, do miejsc wyznaczonych przez armatora — lecz z własnej woli i z własnego wyboru, samodzielnie, jak słynny kapitan „Poloneza".Nadejdzie dzień, w którym przekonam się, co jestem wart, sam na sam z wielkim żywiołem.Ludzie sprawdzają się na różne sposoby, ja chciałbym w taki właśnie: samotnie, na żaglowcu, przez tajfuny i sztormy.Przodkowie dziadka byli rybakami.Mój ojciec jest marynarzem.Tradycja rodzinna.Ja będę chirurgiem, operacje mózgu, eksperymenty, to już dawno postanowione, ale któregoś dnia wezmę długi urlop i opłynę świat.To jest również nieodwołalna decyzja.Ciche pukanie do drzwi.Nie poruszyłem się, wiedziałem, że to Wilga.Jest na wakacjach, mieszka w naszym domu, to wszystko.Ona ma"24swoje życie, a ja swoje.Inny światek, jakiś tam warszawski; przyjechała zchłopakiem i z nim odjedzie.Głupi daje się wciągać.Mądry idzie własną ścieżką i nie zawraca sobie głowy bzdurami.Znowu pukanie.Uparte, proszące jakby.— Jarema.Wiem, że jeszcze nie śpisz.Otwórz na chwilę.Nigdy nie była w moim pokoiku.Jej pokój znajdował się na piętrze,niebieski, z wielkim słonecznym oknem patrzącym w stronę jeziora i łąk.Kiedyś należał do mnie, ale dobrowolnie z niego zrezygnowałem na rzecz poddasza ze skośnym sufitem i aromatem żywicy.Wolałem własny strych niż przenoszenie się co lato do pokoju babki, bo na lato słoneczny pokój zawsze wynajmowano.— Jarema, otwórz, proszę cię.Wstałem niechętnie, podszedłem do drzwi i odsunąłem rygiel.Byłem zły na siebie, ponieważ wiedziałem, że wściekłbym się, gdyby przestała pukać i odeszła.Uchyliłem drzwi i Wilga weszła do pokoju.Wydała mi się blada, może z winysłomkowego światła.— Spałeś? — zapytała, przystając niepewnie krok za progiem.— Coś w tym rodzaju — mruknąłem.Rozejrzała się po strychu, najpierw obojętnie, potem z zaciekawieniem.Regał z książkami przeskoczyła, odwróciła twarz w stronę busoli z sekstansem, bożków i map.— Ładnie tu masz — powiedziała.— Niezwykle.Chciałabym mieć tak urządzony pokój.— Strychu nie wynajmujemy — rzuciłem oschle i spojrzałem znacząco na skrzynkę z morskim chronometrem.— Już po dziesiątej.O piątej rano umówiłem się z chłopakami na ryby.— Wyrzucasz mnie? — zapytała cichutko, pochylając głowę.— Czemu? — Wskazałem na polerowany sosnowy pień.— Możesz usiąść.Usiadła.Pszeniczne włosy opadły prawie do podłogi, łącząc się w jedną całość ze złocistą sukienką.Tylko wisienki purpurowiały lakierowanym kontrastem.Wyglądała jak metalowy posążek.— To było w ramach gry — odezwała się po pauzie.— Chcę ci wyjaśnić.— Nie ma nic do wyjaśniania — uciąłem.— Posłuchaj, Jarema [ Pobierz całość w formacie PDF ]