[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Ze Slatterym utrzymywał wyłącznie oficjalne stosunki, nie tylko dlatego że sędzia był protestantem, ale również dlatego że ojciec 0’Connor był dobrze poinformowany o jego sprawkach z młodymi kobietami.Tego pokroju człowiek nie mógł też odnosić się przyjaźnie do Winterów, których nie widywano w kościele prócz tych okazji, gdy ulegając namowom starego Kernana, przychodzili ochrzcić następne niemowlę.Księdzu nie powiodły się próby przekonania ich o potrzebie pociechy religijnej, do której, dowodził, zwrócą się na pewno na starość, nawet jeśli teraz mają takie sztywne karki.Ojciec 0’Connor posiadał prywatne dochody i jego dobroczynność przyciągała do kościoła nie mniej wiernych niż kazania i modlitwy.Ale względna zamożność tego Anglika i jego żony wykluczała ten sposób nawrócenia ich na łono religii.Teraz zawołał do Pat:- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Pani Win-terowa! - Głos jego miał akcent rezygnacji.- Czy mogę z panią chwilę porozmawiać?- Dzień dobry księdzu.Ale naprawdę tylko chwilę.Spieszę się.Mówiła spokojnie.Trzymała się dobrze w karbach.Ale czego on chce? Czyżby posłyszał o.?- Chciałbym pani przypomnieć, że wasz najstarszy synek jest w wieku, kiedy powinien przystąpić do pierwszej komunii.Czy nie będziecie przysyłać go do mnie na naukę przygotowawczą?- Pomyślimy o tym - wykręcała się Pat.- Ochrzciłem to dziecko - mówił ksiądz.- Nie możecie narażać zbawienia jego nieśmiertelnej duszy, wzbraniając mu dostępu do sakramentów i kościoła!- Wie ojciec - Pat przywołała uśmiech na usta, choć daleko jej było do wesołości - będziemy mieli dość trudu, przygotowując go do walki o kraj.Jeśli to będzie robił z całego serca, jego dusza będzie w porządku, z sakramentami czy bez!- Droga pani! To bluźnierstwo! Będę się modlił do Matki Boskiej, by was oświeciła!Odchodząc już drogą, Pat zawołała przez ramię z udawaną słodyczą:- Dziękuję, ojcze! Modlitwy księdza nie na wiele mi się przydadzą, ale i oburzenie mi nie zaszkodzi!Do domu Woodesa Pat szła ścieżką przez pastwisko, na którym kilka owiec leniwie skubało trawę.Mogła teraz dostrzec zatokę, skąd jak się zdawało, kuter straży celnej już odpłynął - nigdzie go nie było widać.Przed domem stał przywiązany do słupa wierzchowiec, a w drzwiach właśnie się ukazali Slattery i Woodes.Obaj chwiali się nieco na nogach i śmieli głośno.Nie tylko celników upijano potiną.- Dobry wieczór, Frank! - zawołała Pat i usłyszała w odpowiedzi:- Ach, chociaż masz czarne włosy, to jaśniej się robi na świecie, gdy przychodzisz! - Czkawka mu trochę przeszkadzała w komplementach.- Czym mogę służyć?Woodes był niskiego wzrostu, ale muskularny, barczysty, bez odrobiny zbytecznego tłuszczu.Okrągły kształt jego głowy podkreślała jeszcze ostrzyżona najeża siwiejąca czupryna.- Daj spokój pięknym słówkom - odrzekła Pat.- I dzień dobry panu, panie Slattery.Ale powiedz mi, Frank, czy nie widziałeś ze swojej wieżyczki łodzi wuja? Michał popłynął wczoraj rano na ryby i jeszcze nie wrócił.A nigdy nie łowi dłużej jak dwanaście godzin jednym ciągiem.Sędzia odwiązywał konia.- Nie, nie widziałem łodzi twego wuja - odrzekł Woodes.Znowu mu się odbiło.Twarz Pat pociemniała.Serce jej biło, jakby miało wyskoczyć z piersi.- No to trudno! Muszę się zdobyć na cierpliwość.- Dodała z nie bardzo udanym uśmiechem: - Molly Keefe powiada, że każdy mężczyzna w końcu wraca na domową grzędę.Do widzenia, Frank, dziękuję ci.- Nie ma za co - przerwał Woodes.- Chętnie bym ci pomógł, gdybym mógł, Pat.W zdenerwowaniu słowa te wydały się jej pełne ukrytego znaczenia.Slattery czekał z cuglami w ręku.Nie stykał się do tej pory z Winterową, co najwyżej rzucał zdawkowe „dzień dobry”, spotkawszy ją we wsi, a to bywało rzadko.Niechęć do starego Kernana rozciągnął na jego rodzinę.Ale jej uroda nie mogła ujść uwagi tego doświadczonego kobieciarza.Pożegnał się z Woodesem i prowadząc konia, poszedł ścieżką przez pastwiska razem z Pat.Wprawiał ją w zakłopotanie; a prawdziwie zaniepokoiła się tonem jego głosu, gdy zaczął rozmowę:- A więc niejedna kobieta we wsi denerwuje się nieobecnością męża?Czasem któreś słowo wymówił niewyraźnie, ale mniej było po nim znać wypity trunek niż po Woodesie.- Mówiłam tylko z Molly Keefe - odparła krótko Pat.- Inni we wsi tytułują mnie wielmożnym panem - oznajmił Slattery.W odpowiedzi Pat zabrzmiało jakby echo słów jej uwielbianego brata i mentora, powieszonego na szubienicy Seana O’Donovana:- Według tradycji mojej rodziny każdy człowiek jest równy drugiemu, dopóki życie nie dowiedzie czego innego.Szanujemy tego, kto na to zasługuje.- Bez ogródek powiedziane! Mogłem się tego spodziewać.Znam trochę waszą przeszłość, pani i jej męża.Zadałem sobie trud dowiedzenia się.Anglicy przerobieni na Irlandczyków bywają niebezpieczniejsi od rodowitych Irlandczyków.- My to samo sądzimy o rodowitych Irlandczykach, którzy przeszli na stronę Anglików - odparowała, myśląc: Ma na myśli Michała.Boję się, dlaczego.ale przecież po to tu przyszłam.Slattery spojrzał na nią gniewnie:- Pani mąż wybrał się wczoraj nie na ryby, ale na przemyt.Powinien tego zaniechać.Do czego on zmierza? Co on wie? Lepiej dać mu się wygadać.Slattery mówił dalej:- Moim obowiązkiem jest wiedzieć, kto się w okolicy zajmuje szmuglem.Czy mogę przypomnieć, że to działalność przestępcza?Pat zapomniała, że chciała „dać mu się wygadać”.W jej naturze leżało atakowanie wprost.- Gdyby nie było tej tak zwanej „przestępczej” działalności, nawet pan sam musiałby się obywać bez wielu rzeczy albo płacić taaakie ceny!Zadowolona z tego ciosu, rzuciła Slattery’emu łobuzerskie spojrzenie.A w nim jej zuchwałość obudziła znane mu uczucie - pożądanie.Od kiedy żona, którą prawdziwie kochał, odtrąciła go, bliskość ponętnej kobiety zawsze budziła w nim satyra, usypiała rozwagę, wyzwalała brutalną siłę, sparaliżowaną w obecności Ireny.Trunek w jego żyłach potęgował podniecenie.- To moja rzecz, gdzie kupuję!Wyglądało to na koniec rozmowy.Pat odwróciła się, jakby chciała pójść sama przez pastwiska.Slattery prędko powiedział pierwsze słowa, które mu na myśl przyszły, byle tylko ją zatrzymać.- Co do pani męża.jest aresztowany.Serce w niej zamarło.Chwyciła oddech, straciła panowanie nad sobą, choć tak sobie obiecywała zachować spokój.- Gdzie on jest? Czemu mi pan od razu nie powiedział? Co mu zarzucacie? Co z nim zamierzacie zrobić?Slattery nie ukrywał zadowolenia na widok tak gwałtownej reakcji.Lis znalazł drogę do kurnika.- No cóż, to zależy - powiedział jakby z namysłem.Mówił coraz bardziej niewyraźnie.- Pani męża wzięli celnicy.Musiałem go zamknąć.Ale pani wie równie dobrze jak ja, że w tej okolicy trudno jest udowodnić komukolwiek oskarżenie o przemyt.Za pół funta herbaty albo i mniej świadkowie złożą fałszywe zeznania, a sędziowie przysięgli nie wydadzą skazującego wyroku.- Więc pan wypuści Michała?- Nie tak prędko.To zależy, jak już powiedziałem.Może będę musiał wysłać go do Dublina.Tam sąd przysięgłych gorliwie wypełnia swoje obowiązki.Pat zachwiała się, potknęła.Proces w Dublinie.Michał.Anglik, który przeszedł na stronę Irlandczyków.Winien, zanim w ogóle stanie przed sądem.a dawni przyjaciele jego ojca w szyderczym triumfie nad tą czarną owcą, która wpadła.Slattery obserwował ją bacznie: lis przypatrujący się zdanej na jego łaskę ofierze.- Oczywiście w pewnych okolicznościach mógłbym się zgodzić nie wysyłać.- W jakich okolicznościach? Proszę mi powiedzieć [ Pobierz całość w formacie PDF ]