[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Oparty dłonią o stół, głowę zwiesił.Klosz na lampie zaczął lekko dzwonić.Wszystko troje stali bez ruchu, oniemiali, zamyśleni, przybici.Przygniotła ich troska i niepokój, nurtowało przeczucie dalszej katastrofy; wiedzieli, że to tylko początek, że teraz obawiać się należy możliwych komplikacyi , których ostatecznego skutku określić niepodobna.— Czy Zeus uwiadomiony? spytał nagie Lebicki, przejęty więcej myślą o niebezpieczeństwie dla swego mistrza, aniżeli grozą własnej sytuacyi.__ Wątpię — odrzekł Dowmunt,— przecież to się tak niedawno stało; przed domem widziałem jeszcze policyę.Niewiasta miała zaryzykować i pójść do mieszkania Chronieckich, gdy się plac oczyści.Na razie potraciliśmy wszyscy głowy; zresztą, Zeusa niema dzisiaj w mieście, powróci dopiero około jedenastej.Jeżeli chcecie, możecie go uprzedzić, chociaż to nie bardzo bezpiecznie włóczyć się dzisiejszej nocy po ulicach,— lecz równie niebezpiecznie nocować we własnym domu.Duże, załzawione oczy Broni z wyrazem serdecznego niepokoju podniosły się nagle na Edmunda.Lebicki motał na palcu wąsik z prawej strony i nie zauważył tego, ale Dowmunt pochwycił owo wymowne spojrzenie dziewczyny i zagryzł grube wargi z wyrazem tłumionej pasyi i zazdrości, która go nawet w takiej chwili nie opuszczała.Klosz na lampie zadzwonił głośniej; stół drżał pod oparciem ciężkiej jego ręki, ale on sam zajęty swemi myślami, nie zauważył tego.Z wymuszonym, brzydkim uśmiechem podrażnionego Satyra przyglądał się przez chwilę szczęśliwemu rywalowi i rzekł:— Zdaje się, że w tym czasie nie bardzoby wam smakowała koza, co?.gdybyśmy się tak całą kupą dostali razem i pani z nami, panno Bronisławo?.W miłej kompanii to i na Sybir droga się nie dłuży.Ale jeżeli tylko jednego z nas capną, to po kim będzie pani bardziej płakała, po mnie, czy po Sokoliku?.Dziewczyna z urazą odwróciła głowę i skarciła go słowami:— Wstydziłby się pan w takiej chwili żartować!.pan to niema serca ani za grosz!Ściągnął brwi i spochmurniał znowu, a ona usiadła w samym kącie pokoju, zasłoniła oczy chusteczką i głowę oparłszy o ścianę, zaczęła rzewnie płakać po cichu.Sewerka długo nie wracała do domu, dopiero późnym wieczorem przyszła zdyszana, zmęczona, zgorączkowana i przyniosła szczegółowe wiadomości.Rzecz się tak miała:Rewizya u Chronieckich byłaby się skończyła bez rezultatu, ponieważ przed kilku dniami Łański z kilku towarzyszami powynosił od nich całe prawie archiwum.Policya przybyła za późno; pomimo gorliwego poszukiwania nie znaleziono nic podejrzanego, oprócz „nielegalnej literatury" w bibliotece.Chroniecki oddał dobrowolnie kluczyki od biurka i od szaf oficerowi żandarmskiemu, z uprzejmością gospodarza postawił pudełko pełne papierosów na stole i usiadłszy na szezlągu, zaczął przeglądać „Kuryera." którego właśnie przyniesiono.Ten jego spokój i obojętność, ten zbytek pewności siebie nie podobały się właśnie przedstawicielom władzy.— Tak znaczy się, że u pana niema nic kompromitującego, - zauważył jeden z agentów policyjnych, — a my tu szli, jakby powiedzieć — na pewniaka, no i pomylili się tym razem.Tak i chwała Bogu! — dodał niby żartem,— nie narazimy pana na przykrość.Westchnął dobrodusznie i z po nad ciemnych okularów przypatrując się badawczo Chronieckiemu, rzekł:— W dzisiejszy czas to okrutna odpowiedzialność u nas za lada co, pan przecie wie!.A ten malczyk, to synek państwa? — spytał od niechcenia, wskazując na Jerzyka, który przytulony do kolan ojca, marszczył dziecięce czółko i przyglądał się z jakąś hardą zaciętością, jak przetrząsano szuflady, walizy, pościel w łóżkach, opukiwano mury, odrywano w niektórych miejscach tapety i zdejmowano każdy obraz ze ściany.— U mnie aż czterech takich synków, tylko starszych — chwalił się rozmowny agent, — dwóch chodzi już do gimnazyi.Okropność, jak drogo stoi dziś nauczanie!.A to są drzwi na balkon, prawda? — przerwał sobie, nie zaniedbując obowiązku prowadzenia bacznego śledztwa i zwracania na wszystko Argusowego oka.Chroniecki słuchał go, nie odpowiadając, uśmiechał się tylko i nie dał się wyciągać na słówka; w drugim pokoju starszyzna kończyła rewizyę i zabierała się już do spisywania protokułu.Uprzejmy agent zaczął zachwycać się Jerzykiem i upatrywać w nim podobieństwo do jednego ze swoich synków, ale chłopak podniósł dumnie główkę i z miną zadąsaną, nieprzejednany burknął jakby z urazą:— Ja tam nie chcę być do nikogo podobny!.— A małżonki pana o tej porze zwykle niema w domu? — ni ztąd, ni zowąd zagai.dnął Chronieckiego ciekawy „organ" policyjny.— Niekoniecznie — odpowiedział po rosyjsku zapytany,— zresztą, co to pana obchodzi?.Nie jestem jeszcze przed sądem i nie mam obowiązku dawać panu żadnych wyjaśnień.Proszę mnie pozostawić w spokoju!Zniecierpliwiony ton uraził widocznie pana agenta, bo się wyprostował i niby grzecznie, lecz zjadliwie się odciął:— No, pan nie przed sądem, ale pan jeszcze pod sadem być może; niewiadomo!.Zrozumiawszy jednak krótką odprawę, skierował się ku drzwiom przybocznego saloniku, lecz po drodze nie omieszkał podnieść dywaniku przed kozetką i zaglądnąć, czy się pod nim jaka podejrzana „bumaga" nie ukrywa.We drzwiach zatrzymał się chwilę i wła śnie wtedy usłyszał głos Jerzyka, który na chylony do ucha ojca dziecinnym szeptem z jakimś tonem naiwnego zadowolenia mówił:— Puńciu, jacy oni głupi!.ściany zdrapują, pod dywany zaglądają, a rewolwery są przecież w fotelu.Chroniecki spojrzał na dziecko zdziwiony i zmieszany zarazem; dla niego samego to odkrycie było niespodzianką.O broni przechowywanej przez żonę nie wiedział, przypuszczał, że mu się tylko przechwalała zaufaniem bojowców, ale że przez najprostszą ostrożność usunęła ją z domu i odniosła z powrotem do Romeckich, gdy im zagroziło niebezpieczeństwo rewizyi.Nie wiedział, że Jerzyk z dziecięcą ciekawością podglądnął matkę i znał lepiej od niego jej tajemniceA teraz ta nieoględność, ta ryzykowna próżność agitatorska żony zemścić się miała na nich obojgu okrutnie i to z mimowolnej, bezwiednej winy dziecka.Zanim Chroniecki zdążył dłonią zakryć usta Jerzyka, agent odwrócił szybko głowę' i spojrzał, jak czujny legawiec, który nagle.zwietrzył zwierzynę.Z lisią, układnością zbliżył się do Chronieckiego i zgięty w pół, słodkim głosem zaczął badać dzieciaka:— Rewolwery są w fotelu, mówisz duszynko?.Patrzaj, patrzaj! a gdzie ten fotel?.Pokaż gołąbku, pobawim się!.ha?.Jerzyk instynktownie cofnął się i przysunął bardziej do ojca,— Nu?.a widzi pan, co nie trzeba przed końcem tak hardo stawiać się! — przeciągle, powoli, ale z tryumfem mówił agent.— A nie darmo powiadają to, że Pan Bóg przez usta dzieciątek prawdę wyznaje.Ot, i masz tobie prawdę!.Chroniecki skulił się, jak ukłuty ślimak w swojej skorupie.Czuł, że będzie zgubionym, jeżeli rzeczywiście znajdą ukrywaną broń, której pochodzenia nawet sam nie potrafiłby wytłómaczyć bez narażenia żony; przypadek stawiał go w fatalnej kolizyi i kazał mu bez wszelkiej winy przyjmować na siebie całą odpowiedzialność [ Pobierz całość w formacie PDF ]