[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podał jej ogień i odchylił się do tyłu na krześle.–Więc poleciałaś do Londynu, tak?–Tak.Z lotniska pojechałam prosto do hotelu, gdzie czekał na mnie apartament.Kwiaty, owoce, szampan w wiaderku z lodem… Doszłam do wniosku, że kumpel Appleyarda ma klasę.Bilet powrotny miałam w kieszeni, więc gdyby coś zaczęło się układać nie tak, w każdej chwili mogłam dać nogę.Okazało się jednak, że faktycznie było to proste zlecenie i wszystko poszło zgodnie z planem.–Kto skontaktował się z tobą w Londynie?–Jakiś Anglik.Zadzwonił w poniedziałek koło południa, a dwie godziny później przywiózł mi do hotelu kostium Chanel i buty.Przymierzyłam rzeczy i wtedy okazało się, że mamy problem, na szczęście drobny – jestem tak chuda, że kostium był za duży…–Czy ten mężczyzna ci się przedstawił? Możesz go opisać?- 22 -–Powiedział, że nazywa się John Hamilton.Typowy Anglik, taki z dobrejrodziny, rozumiesz? Trochę ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szczupły, jasne włosy,dobrze ubrany, uprzejmy, lecz dość oficjalny, po czterdziestce…–Czy to ten?Pascal już wcześniej przygotował dwa zdjęcia – McMullena i JohnaHawthorne'a.Jako pierwszą podsunął dziewczynie fotografię McMullena.Przyjrzała się jej uważnie.–Chyba tak… Trudno poznać go w tym stroju, poza tym jest tu sporo młodszy, ale tak… Tak, to on.–Jesteś pewna?–Tak.To ten facet.Schował zdjęcia do kieszeni.Reakcja Lorny oznaczała, że będzie musiałzweryfikować poprzednie założenia.Oparł łokcie na blacie stołu.–Wytłumaczył ci, czego wymaga w ramach zlecenia?–Tak.– Uśmiechnęła się lekko.– Bardzo szczegółowo.Kilka razy powtórzył, co mam zrobić i powiedzieć, zupełnie jakby prowadził odprawę dla oddziału… Podał mi nazwiska i adresy, i kazał nauczyć się ich na pamięć.Zapytałam, czy nie powinnam nosić obrączki, skoro występuję w roli jego żony, ale on zaprzeczył.–Naprawdę wierzyłaś, że to tylko kawał?–Szczerze mówiąc, nie bardzo mnie to obchodziło, choć wydawało mi się całkiem możliwe.Anglik wrócił następnego dnia z samego rana.Przywiózł dwie rzeczy – najbardziej niesamowite futro, jakie kiedykolwiek widziałam i absolutnie olśniewające perły.Futro miało maskować fakt, że kostium od Chanel trochę na mnie wisiał.Facet wszystko dokładnie zaplanował.Co było dalej? Na dole czekała taksówka, mężczyzna pojechał ze mną do firmy wysyłkowej, ale został w samochodzie.Zaniosłam paczki do recepcji, odstawiłam swój numer, wróciłam do hotelu, pożegnałam się z perłami i futrem, zainkasowałam dwadzieścia tysięcy dolarów i poleciałam do domu…–Mówisz tak, jakby sprawiło ci to przyjemność.- 23 -–Bo tak było.Hamilton był całkiem sympatyczny, bawiłam się nieźle, sądziłam, że to, co zrobiłam, nikomu nie mogło zaszkodzić… – Przerwała i bacznie popatrzyła na Pascala.– Nie miałam racji?–Obawiam się, że nie…–Komuś to jednak zaszkodziło, tak? I nie skończyło się na paczce z kajdankami w środku?–Nie skończyło się… – Zawahał się.– Nie rozmawiałaś o tym z nikim?–Nie, tylko z tobą.Hamilton powiedział, że mam zachować dyskrecję, Appleyard także.Nie masz zbyt pogodnej miny.Czy ta sprawa wiąże się z czymś niebezpiecznym? Czy coś mi grozi? A może tobie?Pascal przywołał kelnera i poprosił o rachunek.Nie był pewny, jak odpowiedzieć na te pytania i nie chciał się do tego przyznać.Dziewczyna zmarszczyła brwi.–Cudownie… Krótko mówiąc, oboje jesteśmy w niebezpieczeństwie.–Nie, nie jest aż tak źle… Podniósł się i zapłacił za posiłek.Lorna Munro także wstała.Razem przeszliprzez oszklony dziedziniec kawiarni i wyszli na rue Bonaparte, prosto w deszcz.Dziewczyna zadrżała i ciaśniej otuliła się płaszczem.Zaczynała się godzina szczytu, zmierzchało i na ulicach paliły się już latarnie.Modelka z uśmiechem odwróciła się do Pascala.–No, ale przecież to chyba nic takiego – powiedziała.– Dostarczyłam tylko kilka paczek do wysłania, nic więcej.Tak czy inaczej, będę trzymać buzię zamkniętą na kłódkę.–To dobry pomysł.–I będę się starała unikać Appleyarda! – Roześmiała się.– Cóż, mam nadzieję, że trochę ci pomogłam.Muszę już wracać do hotelu, wieczorem odlatuję do Nowego Jorku.Miło mi było cię poznać, Pascal…Uścisnęli sobie ręce.Ruszyła w kierunku jezdni, ale na krawężniku zatrzymała się i odwróciła.- 24 -–Jeszcze coś… – dorzuciła.– Kiedy będę sławna, nie podkradaj się, żeby zrobićmi kilka zdjęć nad basenem, dobrze? – Obdarzyła Pascala szerokim uśmiechem.–Zawiadom mnie wcześniej i zadzwoń do frontowych drzwi…–Zapamiętam to sobie.– Uniósł dłoń w geście pożegnania.Lorna zeszła z chodnika na jezdnię, spojrzała w prawo i w lewo, zobaczyła, żena skrzyżowaniu St Germain właśnie zmieniają się światła i zrobiła parę kroków do przodu.Pascal, który wciąż na nią patrzył, był pewien, że nie dostrzegła samochodu.Wóz wyłonił się ze strumienia samochodów po prawej stronie i błyskawicznie przyśpieszył.Kiedy dotarł do świateł, dla niego czerwonych, pędził z prędkością mniej więcej stu kilometrów na godzinę.Czarny mercedes z przyciemnianymi szybami uderzył Lornę z boku i wyrzucił jej ciało na trzy metry w górę.Spadła na maskę, odbiła się i runęła na ziemię.Powietrze wypełniło kakofoniczne wycie klaksonów.Pascal widział, jak inni przechodnie zamierają z przerażenia, podobnie jak on.Mercedes przemknął przez skrzyżowanie, z piskiem opon wziął zakręt i zniknął.Nie było nawet czasu, aby odczytać tablicę rejestracyjną.W jednej sekundzie wóz znajdował się w zasięgu wzroku, w następnej już go nie było.Pascal rzucił się biegiem w kierunku Lorny.Miał wrażenie, że nogi i ręce ma dziwnie ociężałe, i że pokonanie krótkiego, najwyżej trzydziestometrowego odcinka trwa bez końca.Lorna Munro musiała zginąć na miejscu.Złamała kark, może też kręgosłup w dolnej części.Leżała na jezdni na plecach, otoczona gromadzącymi się ludźmi.Jej piękna twarz była nietknięta, niebieskie oczy wpatrywały się w niebo.Jakiś mężczyzna długą chwilę szukał tętna na jej szyi, wreszcie bezradnie pokręcił głową.Pascal odwrócił się i zaczął przeciskać przez tłum.Inni świadkowie także widzieli samochód, więc jego pomoc była zbędna.Rozmowa z policją mogła jedynie opóźnić jego powrót do Marianne, być może nawet wyjazd z Paryża.Nie mógł już pomóc Lornie.Nagle przystanął [ Pobierz całość w formacie PDF ]