[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.W ogrodzeniu, na lewo od bramy, widniała załatana dziura; przy odrobinie wysiłku mógł rozplatać zadrutowany otwór i przeczołgać się dołem.- Osobliwe miejsce, co?Michael odwrócił szybko głowę i zobaczył brodatego, ogorzałego mężczyznę o gęstych tłustych włosach, w brudnozielonym, wyszmelcowanym ubraniu, stojącego na chodniku parę metrów od niego.- Tak - odparł cicho.- Jest starszy, niżby się wydawało.Wygląda nawet dosyć nowocześnie, nie?- Chyba tak - bąknął Michael.- Mieszkałem tu kiedyś - powiedział mężczyzna.- Teraz już nie mieszkam.Chcesz wejść? - Nieznajomy podszedł do niego wolno.Jego twarz wyrażała wielkie zaciekawienie i niemal równie wielką ostrożność.- Nie - zaprzeczył Michael.- Znasz ten dom?:- Nie.Spaceruję sobie po prostu.- Chcesz się czegoś o nim dowiedzieć? Michael nie odpowiedział.- Chcesz się dowiedzieć o tych dwóch kobietach, które znaleźli tam martwe?- O kobietach?- Jedna wielka, istny wieloryb, a druga mumia.Pisali o tym w gazetach.Czytałeś?Michael zastanawiał się chwilę, potem skinął głową.- Tak sobie pomyślałem.- Ty je znalazłeś?- Na Boga - powiedział mężczyzna kaszląc w zaciśniętą pięść.- Nie ja.Ktoś, kto niewiele wiedział.Kumpel.Taki głupi, że został w budynku na noc.- Skrzywił się spodziewając się sceptycyzmu i dodał: - Pełno w nim zjaw.- No to po co tu się kręcisz? - spytał Michael.- Bo tak mi się podoba - odciął się mężczyzna.Stał dwa metry od Michaela i nawet z tej odległości cuchnął obrzydliwie - uryna i zastarzały pot.- Wiesz, jak się nazywały?- Kto? - spytał Michael.- Te kobiety.Wieloryb i mumia.- Nie - powiedział Michael.- Ja wiem.Mój kumpel znalazł ich imiona na kawałku kamienia, który leżał obok nich.Dał go policji, ale się tym nie zainteresowali.Nie widzieli związku.Znasz francuski?- Trochę.- To będziesz wiedział, co oznacza jedno z tych imion.Melancholia.Po francusku.A drugie.Michael postanowił zaryzykować.- Lamia - strzelił.Twarz mężczyzny zastygła w połowie między zdziwieniem a śmiechem.- O kurczę - wykrztusił.- Kurczę pieczone.Jesteś reporterem.Wiedziałem.Dziwna pora na węszenie za faktami.Michael potrząsnął głową nie spuszczając z mężczyzny oka.Nie próbował jeszcze odczytać czyjejś aury na Ziemi.Teraz nadarzała się okazja jak żadna.Natrafił na festiwal pomruków, jasny, mały węgielek inteligencji, targowisko pełne zgniłych warzyw.Wycofał się z przeszukiwań z jednym tylko faktem: Tristesse.Drugie imię.Pasowało do strażniczki bramy Clarkhama.Roznosicielka melancholii.Lamia i Tristesse.Siostry.Ofiary Sidhów poświęcone przez Clarkhama, by stały na straży i czekały.Ale jak zdołały przedostać się na Ziemię? I kto je zabił - a raczej zdezaktywizował, bo iskierka życia, jaka mogła się w nich tlić, była w najlepszym przypadku wątpliwa?Nagle i niespodziewanie Michael zaczął płakać.Ocierając oczy podniósł wzrok na budynek pensjonatu Tippett.- Coś się stało? To ja powinienem płakać - zdziwił się mężczyzna.- Reporterem nie jesteś.a może krewnym? Jezu, co ja gadam.Żadna z nich nie mogła mieć krewnych.One nie z tych.- Czegoś się przyczepił? - warknął Michael.- Spływaj.- Przyczepił? - pisnął mężczyzna cofając się o krok.- Ten dom był kiedyś mój.MÓJ WŁASNY, cholera! Kiedyś byłem kimś! Nie jestem jeszcze taki stary, do cholery, i nie upadłem jeszcze tak nisko, żeby nie pamiętać, co to znaczy mieć pieniądze i być.- poderwał w górę rękę z wyprostowanym palcem serdecznym, uniósł brwi i zadarł brodę - ważnym, cholera, obywatelem!Michael wysondował jeszcze raz umysł mężczyzny i wyczuł szczery smutek pomieszany ze złością.- Teraz wszyscy się tu kręcą.Ten cholerny bank nic w tej sprawie nie robi.Ani go nie zburzy, ani nie sprzeda.Nie może go sprzedać.Teraz zginęli w nim ludzie.Nic dziwnego.Dobrze, idę sobie.Rób, co chcesz.Ja się napatrzyłem.- Poczekaj - powiedział Michael.- Kiedy go zbudowano?- W tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym - odparł mężczyzna odwrócony już plecami do Michaela i oddalający się z przesadną godnością.- Dawniej był tu teatr, sala koncertowa.Zburzyli go i postawili to.- Dziękuję - rzucił za nim Michael.Mężczyzna wzruszył ramionami i machnięciem ręki odpędził od siebie podziękowania.Michael wsunął ręce w kieszenie płaszcza i zadarł głowę, żeby jeszcze raz spojrzeć na budynek.Wysoko na górze, blisko szczytu, jedno piętro pod tarasem, po zakurzonej szybie tańczył nikły czerwony ognik.Płonął tylko przez chwilę.Czerwone światełko zabłysło na krótko jeszcze raz w wybitym, osmalonym oknie na trzecim piętrze.Potem zapanowały znów cisza i spokój.Michael wzdrygnął się i ruszył w drogę powrotną Bulwarem w kierunku La Cienega.3Magia, taka, jaką stosowali Sidhowie, była na Ziemi trudniejsza do uprawiania; ludzie nie mogli się nią posługiwać.Tyle Michael wyniósł ze swego treningu w Królestwie, w Mroku Sidhe.Ale czy był to fakt, czy tylko przypuszczenie? Mieszańcy - po części ludzie, po części Sidhowie - potrafili robić użytek z magii; najlepszym tego dowodem były Żurawice i Eleuth.Clarkham, Mieszaniec urodzony na Ziemi, niemal przewyższył Sidhów w ich własnej sztuce.Sam Michael robił w Królestwie rzeczy, na które w słowniku nie było innego określenia, jak tylko magia.Zdołał nawet tak ukierunkować moce tkwiące w Pieśni Władzy, by zniszczyły Clarkhama.A w rok po powrocie na Ziemię przekonał się, że nadal potrafi podporządkować się dyscyplinie Sidhów i pobudzić hylokę, czyli wywoływać ciepło z wnętrza swego ciała, jak również dosię-widzieć, czyli sondować aurę czyjejś pamięci, celem wydobycia stamtąd informacji.Na razie zadowolił się tym i nie wypróbowywał innych umiejętności nabytych w Królestwie.Nie wykorzystywał evisy, czy też odsię-widzenia, do rzucania cienia; nie było takiej potrzeby.Każdego ranka ćwiczył na przestronnym dziedzińcu na tyłach domu.Biegał po okolicy ze swoim kima, kijem do biegania, w wyciągniętych przed siebie rękach, jak uczyły go Żurawice.Kilka razy biegał w towarzystwie Dopso, który zasypywał go zdyszanym potokiem pytań i spostrzeżeń.Pomimo wyraźnego zainteresowania, jakie wzbudzała jego osoba w tym niezmordowanym w swej gadatliwości człowieku, Michaelowi przypadł on do gustu.Wyglądał mu na przyzwoitego faceta.Co dzień Michael przeglądał inną teczkę z papierami Waltiriego i zaczął prowadzić katalog tego, co w nich wyszperał.W ciągu tygodnia przekopał archiwum zgromadzone w garażu i wiedział mniej więcej, co zawiera każdy skoroszyt - rękopisy, kontrakty oraz inne dokumenty urzędowe i korespondencję, wliczając w to drewniane pudełko pełne listów miłosnych Waltiriego do Goldy pisanych po niemiecku.Chociaż po powrocie z Królestwa uczył się niemieckiego, nie nabrał jeszcze biegłości i to utrudniało mu pracę.Zastanawiał się, czy nie wynająć by czasem studenta z kraju niemieckojęzycznego i opanować szybko język uciekając się do dosię-widzenia, ale postanowił na razie się z tym wstrzymać.Skoncentrował się na rękopisach.Skromne wiadomości zapamiętane z lekcji muzyki, jakie brał przed ukończeniem trzynastu lat - kiedy to tupnął wreszcie nogą i stanowczo odmówił kontynuowania nauki gry na fortepianie - nie na wiele się zdały przy sortowaniu papierów Waltiriego.Michael spisywał nazwy (jeśli takie istniały), numery opusów i znane informacje na temat każdego z rękopisów nutowych.Większość z nich stanowiły filmowe ścieżki dźwiękowe; między owocami tej czterdziestopięcioletniej pracy znajdowały się też jednak utwory bardziej osobiste, nawet szkic baletu na motywach Śpiącej Królewny [ Pobierz całość w formacie PDF ]