[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Miał wrażenie, że cały świat płonie,: a ziemia trzęsie się i drży od łoskotu gromów.Przestał płakać i skulił się, jak mógł, pod korzeniem częściowo chroniącym od deszczu, którego stru-' gi, lecąc z wysoka, cięły niby bicze.Ściemniło się, tak dalece, że w przerwie między jedną błyskawicą a drugą nie mógłdojrzeć pobliskich pni.O kilkanaście metrów od Bariego stało uschłe drzewo majaczące na tle ognistych smug niby okropne widmo; zdało się wyciągać do błyskawic powyginane ramiona zapytując tym gestem, czy która ośmieli się i uderzyć.Wreszcie jedna je trafiła.Błękitny jęzor trzeszczącego płomienia przeleciał po martwym pniu, a skoro) dotknął ziemi, huknąłogłuszający grzmot.Masywny pień zatrząsł się i runął jak podcięty toporem.Padł tak blisko szczeniaka, że trysnęła nań ziemia, więc Baril szczeknął rozpaczliwie i usiłował głębiej zanurzyć się w płytką jamę.Wraz z zagładą starego drzewa wyczerpała się furia burzy.Grzmot pognał na południo-wschód z turkotem jakby tysięcy naładowanych wozów, a za nim poszły błyskawice.Tylko deszcz lał bezustannie.Jamka Bariego nasiąkła wodą, a on sam, przemoczony do kości, szczękając zębami, czekał, co dalej będzie.Czekał długo.Nim deszcz ustał i niebo się rozjaśniło, nastąpiła noc.Gdyby Bari wytknął głowę spod korzenia i uniósł nos do góry, mógłby dojrzeć gwiazdy poprzez igliwie.Ale szczeniak kulił się wciąż na dnie swego schronu.Mijała godzina za godziną.Wyczerpany, na pół zatopiony, obolały i głodny— ani się ruszył.Wreszcie ogarnął go niespokojny sen, w którym raz po raz, tęsknie płacząc, wołał matki.Gdy wreszcie ośmielił się wyjść z ukrycia, był ranek i świeciło słońce.Na razie Bari ledwo mógł ustać.Miał kurcze w łapkach, wszystkie kości były jakby wykręcone.Ucho, na którym zakrzepła krew, zesztywniało zupełnie, a gdy próbowałzmarszczyć skaleczony nos, mimo woli szczeknął z bólu.Jeśli to w ogóle było możliwe, wyglądał jeszcze gorzej, niż się czuł.Błoto zalepiało mu pierś; był cały uwalany i brudny.Wczoraj tłusty i lśniący, szczeniak zmienił się w chude, nędzne stworzenie.Głód doskwierałmu potężnie.Dotychczas nie wiedział w ogóle, co znaczy prawdziwy głód.Gdy ruszył dalej w tym kierunku co wczoraj, człapał ponuro i bez zapału.Łepek i uszki nie były już czujnie uniesione ku górze, a zainteresowanie światem znikło.Nie tylko głód go męczył, pragnął przede wszystkim obecności matki.Tęsknił do niej jak nigdy przedtem.Chciał przytulić do jej boku drżące ciałko, uczuć ciepłą pieszczotę języka i usłyszeć łagodne matczyne skomlenie.Do szczęścia potrzebny był mu Kazan, głęboki szary wykrot i ten kawał błękitu nieba uwieszony tuż ponad nim.Wędrując brzegiem strumyka, popłakiwał w swym osamotnieniu niby rozżalone dziecko.Po pewnym czasie las zrzedł i to dodało Bariemu animuszu.Poza tym ciepło łagodziło ból fizyczny.Natomiast ;głód doskwierałcoraz silniej.Dotychczas w sprawach jedzenia szczeniak polegał w zupełności na Kazanie i Szarej Wilczycy.Rodzice przedłużyli mu sztucznie okres niemowlęctwa.Winne temu było kalectwo samki, która od urodzenia Bariego nigdy nie chodziła na dalsze łowy.Naturalnym biegiem rzeczy Bari trzymał się boku matki, choć nieraz miał ochotę towarzyszyć ojcu.Obecnie przyroda miała wiele do roboty, chcąc te błędy naprawić.Usiłowała też dać Bariemu do zrozumienia, iż nadszedł czas, gdy sam musi się zatroszczyć o swoje jadło.Ten fakt z wolna, lecz uparcie przenikał do mózgu szczeniaka, aż zaczął wspominać drobne raczki chwytane na kamiennej tamie opodal wykrotu.Pamiętał również znalezione nad brzegiem otwarte małże i łakome kąski dobywane z wnętrza muszli.Ogarnęło go nowe podniecenie.Bari stał się raptem myśliwym.Las rzedł i jednocześnie strumień stawał się płytszy.Płynął znów po piaszczystych łachach i drobnych kamiennych mieliznach, wokółktórych Bari począł gorliwie węszyć.Dłuższy czas bez skutku.Rzadkie raki, widziane z dala, były wyjątkowo zwinne i nie- ) dostępne, a muszle tak mocno zamknięte, że nawet potężne szczęki Kazana zmiażdżyłyby je z trudem.{ Dochodziła dwunasta, gdy Bari złowiłpierwszego raka, długości mniej więcej ludzkiego palca.Pożarł go łapczywie.Smak jadła dodał mu odwagi.Po południu schwytałjeszcze dwa skorupiaki.O zmierzchu niemal wypłoszył z trawy młodego zająca.Mógłby go schwytać, gdyby był o miesiąc starszy.Głód dokuczał mu nadal, gdyż trzy raki na całą dobę sta-* nowiły dla czczego żołądka marne pożywienie.Wraz z nadejściem nocy Bariego znów osaczyły] i trwoga i samotność.Nim zmierzch się skończył, szcze-: niak znalazł sobie schronienie; tym razem pod wielką skałą, na ciepłym, miękkim piasku.Od miejsca walki z sową uszedł spory szmat drogi.Znajdował się o osiem do dziewięciu mil od rodzinnego gniazda.Z tyłu i z boków skały rósł ciemny bór; od przodu leżała otwarta przestrzeń.Gdy wstałksiężyc, Bari mógł widzieć strugi wody pomarszczone niby srebrna łuska, w świetle prawie tak jasnym jak światło dzienne.Od kryjówki aż do samego brzegu biegło szerokie pasmo białego piachu.Na ten piasek w pół godziny później wkroczył wielki, czarny niedźwiedź.Zanim Bari podpatrzył igrające w wodzie wydry, jego znajomość istot leśnych ograniczała się do stworzeń własnego gatunku, prócz królików, sów i drobnych ptaków.Wydry się nie uląkł, gdyż wciąż jeszcze mierzył wszystko miarą wzrostu i objętości ojca, a Nekik był przeszło o połowę mniejszy od Kazana.Lecz w porównaniu z niedźwiedziem, który był istnym olbrzymem, Kazan sprawiał wrażenie karła.Jeśli przyroda chciała wpoić Bariemu przekonanie, że las zamieszkują nie tylko psy i wilki, raki i sowy, ale również istoty daleko większe, należy przyznać, iż wzięła się do tego zbyt obcesowo.Niedźwiedź Wa-kajo bowiem ważył pełne sześćset funtów; od miesiąca pasłsię rybami, toteż odpowiednio utył [ Pobierz całość w formacie PDF ]