[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wpadam w korek i po kilku szaleńczych manewrach wyprzedzania – ponad wszelką wątpliwość efekt speedu w moich żyłach – widząc błyski reflektorów z naprzeciwka, zwalniam, przestaję się wydzierać na innych kierowców, godzę się z losem i podziwiam krajobraz.Ukośne promienie popołudniowego słońca wyostrzają kształty i barwy drzew i wzgórz; zbocza i pnie owinęły się żółtopomarańczowymi płaszczami, niektóre kryją się we własnym cieniu.Ścieżka dźwiękowa: zespół Crowded House.Tuż przed piątą niebo zasnuwa się fioletem i reflektory nadjeżdżających z przeciwka samochodów zaczynają razić w oczy.Wygląda na to, że byłem zbyt wstrzemięźliwy przy ostatniej kuracji proszkowej.Minąwszy zatem Hawick, zatrzymuję się w zatoczce i doładowuję.Langholm to małe, ciche miasteczko przy granicy.Nie mam planu, ale po pięciu minutach kluczenia ulicami odnajduję Bruntshiel Road.Sprawdzam budkę telefoniczną przy końcu uliczki i parkuję samochód obok.Parę kroków dalej jest hotel.Czas na drinka.Bar sprawia wrażenie zakurzonej rudery poddawanej skomplikowanej operacji kosmetycznej, zwanej przez piwowarów odświeżaniem.Ruch dość duży, klientela zróżnicowana.Podwójna whisky idzie do głowy prawie od razu, pomaga utrzymać organizm w równowadze przy obecności speedu w żyłach.Oszczędzam, odkąd kupiłem nowy IBM PC, więc zamiast pojedynczej słodowej biorę grouse’a, ale też robi swoje.Dopijam whisky, gdy odzywa się mój komórkowiec.To z gazety: przypominają mi, że za chwilę upływa termin.Odwracam się plecami do wścibskich tubylców i mamroczę w słuchawkę, że nie będą długo czekać na materiał, poważnie.Kupuję paczkę papierosów, idę się wysikać i wracam do samochodu.Podłączam laptopa do akumulatora i wstukuję resztę artykułu o „Vanguardzie” przy świetle latarni ulicznej nad budką telefoniczną.Zaczynam ziewać, ale udaje mi się przezwyciężyć pokusę foliowej torebki.Kończę artykuł, włączam modem i puszczam material do gazety.Do telefonu pana Archera zostało jeszcze dziesięć minut.Zazwyczaj dzwoni punktualnie.Skok do hotelu na jeszcze jedną szybką whisky.Wracam i już z daleka słyszę dzwonek w budce.Wpadam do środka, chwytam za słuchawkę i mocuję się z magnetofonem, podłączam go i rozplątuję kable, bluźniąc pod nosem.–Halo? – krzyczę.–Kto mówi? – pyta spokojny, mechaniczny głos.Wciskam guzik magnetofonu i biorę głęboki oddech.–Cameron Colley, panie Archer.–Panie Colley, będę musiał zadzwonić do pana później, ale imię, które mam dla pana, brzmi Ares.–Co? Jak?–Imię, które mam dla pana, brzmi Ares.A-R-E-S.Pamięta pan pewnie pozostałe imiona, które panu podałem.–Tak, Wood, Ben…–„Ares” to kryptonim projektu, przy którym pracowali, zanim zmarli.Muszę już iść, ale zadzwonię jeszcze mniej więcej za godzinę.Będę miał nieco więcej informacji.Do widzenia.–Panie Archer… Martwa cisza.Martwa jak ludzie, o których dowiedziałem się od pana Archera.Wszyscy płci męskiej.Nazywali się: Wood, Harrison, Bennet, Aramphahal i Isaacs.Pan Archer podał mi ich nazwiska za pierwszym razem, gdy zabrał mnie na telefoniczną wycieczkę po Szkocji.(Pan Archer nie ma zaufania do przenośnych telefonów – trudno go za to winić.) Nazwiska brzmiały jakby znajomo i miałem dziwaczne przeczucie, że coś je ze sobą łączy, a poza tym, usłyszawszy je, natychmiast pomyślałem o Lake District, nie mając pojęcia dlaczego.Pan Archer podał mi je i rozłączył się, zanim zdążyłem o cokolwiek spytać.Nie wyrzekłem się jeszcze niesfornego poczucia dumy z umiejętności zapamiętywania różnych rzeczy bez notowania, ale następnego ranka w redakcji podłączam komputer do banku pamięci i zostawiam mu całą czarną robotę.Bank pamięci to gigantyczna baza danych, w której znalazłbyś pewnie rozmiar stopy twojego pradziadka ze strony matki i informację o tym, ile łyżeczek cukru wrzucała do herbaty jego żona.Będzie tam niemal wszystko, co pojawiło się na stronach gazet w ciągu minionych dziesięciu lat, a także wiadomości z gazet amerykańskich, europejskich i dalekowschodnich, plus morze informacji z tysiąca innych źródeł.Nazwiska odnajdują się bez trudu.Właściciel pierwszego wyzionął ducha sześć lat temu, a ostatniego – przed czterema laty.Wszyscy związani byli albo z przemysłem atomowym, albo ze służbami specjalnymi.Zgony wyglądały na samobójstwa, lecz równie dobrze mogły nastąpić w wyniku zbrodni.W prasie z tamtego okresu pojawiły się spekulacje, że coś się za tym kryje, lecz nikt nie potrafił niczego udowodnić.Do tego, co mogłem znaleźć w archiwum gazety, pan Archer dorzucił – jak dotąd – tylko szczegóły ich śmierci, a dziś – kryptonim projektu: „Ares”.Siedzę przez chwilę w samochodzie i majstruję przy artykule o produkcji whisky, który piszę od pewnego czasu.Zastanawiam się, kim lub czym jest „Ares”.Kilku ludzi korzysta z telefonu.Bawię się paroma wręcz śmiesznie prostymi grami na mojej toshibie, marząc o przyzwoitej maszynie z kolorowym wyświetlaczem, odpowiednio szybkim zegarem, dużą pamięcią RAM i twardym dyskiem, który pozwoliłby mi uruchomić „Despotę”.Skręcam jointa i palę słuchając radia, a potem kasety do nauki języka, ale działa jak środek nasenny, więc z powrotem włączam radio, ale jest głupawe więc wygrzebuję ze schowka Trompe le Monde Pixies i to trzyma mnie na nogach lepiej niż speed chociaż kaseta trochę się rozciągnęła bo puszczałem ją tak często więc dźwięk pływa trochę w tę i z powrotem ale to świetnieW jasny letni dzień biegnę przez las w Strathspeld.Mam trzynaście lat.Biegnąc widzę siebie od zewnątrz, jak gdybym oglądał tę scenę na ekranie.Byłem tu wiele razy i wiem, gdzie mam skręcić, wiem, jak stąd uciec.Już mam to zrobić, kiedy słyszę dzwonek.Budzę się, a telefon nadal dzwoni.Po upływie sekundy uświadamiam sobie, że spałem, a po upływie kolejnej przypominam sobie, gdzie jestem.Wyskakuję z samochodu i wpadam do budki tuż przed nosem staruszka spacerującego z psem.–Kto mówi? – pyta głos.–Cameron Colley, panie Archer.Proszę posłuchać…–Jest jeszcze jedna osoba, która wie o zmarłych, panie Colley: posłaniec.Na razie nie znam jego prawdziwego nazwiska [ Pobierz całość w formacie PDF ]