[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.– Doszukałem się jakby skruchy w jego głosie.– W każdej chwili mogliśmy spaść.Tu ranni mają mimo wszystko większe szanse.– A my?Mil przestał stawać na nosie i zaskakująco gładko oderwał się od ziemi.– Też większą.Niż oni.– Ekstra.– Zawsze się można pomodlić.– Uśmiechnął się.– Polak, co? Papieża mieliście.Bóg was lubi.Handlujesz?Na zachodnich obrzeżach dawnego ZSRR mieszka wielu urodzonych tu Polaków.Kogoś takiego dotąd udawałem.Teraz dałem sobie spokój.Czort wie czemu.Major nie wyglądał na służbistę, ale nie trzeba być wrogiem własnej żandarmerii tylko dlatego, że na lot bojowy wyrusza się w dżinsach, czerwonej koszulce i w stanie wskazującym na spożycie.– Trochę spirytusem.Ale tu przyjechałem po dziewczynę.– W tym stroju cię nie zechce.Kurtka na goły tors, buty na bosych stopach, za ciasne spodnie – trudno się dziwić, że coś mu nie grało.– O, w tym lesie – pokazałem.Sunęliśmy nad polami równolegle do pustej drogi.– Trzech żołnierzy, jeden bez broni.Zabrali mi ubranie.Chyba obrzydła im wojaczka.Pan też dlatego.?– Ładnie to gospodarza obrażać? Zaskoczyli nas tym desantem.W planach nie było lotów.Ludzie się porozłazili, maszyny rozkręcone.Nas – skinął w stronę prawego fotela – prosto z knajpy zgarnęli.– Rozumiem.Nie byłoby bezpieczniej lecieć wyżej?– Czort wie.Z moździerzy już dziś do nas strzelali, z działek trzydziestek też, ale rakiet nie zaliczyłem.Może faktycznie lecieć wyżej.? – zadumał się.– Cofam pytanie – powiedziałem szybko.Zaduma nie służy koncentracji, a sunęliśmy nad ścierniskiem niewiele wyżej niż wcześniej kosiarka.Za to dużo szybciej.– Ciężarówka z niebieską szoferką.Czterech ludzi.Kałasznikow, makarow, dubeltówka.Tyle widziałem.Skąd pan wie, że powinniśmy lecieć na południe?– Dedukcja.Za Matrosowką bitwa, a z mostu mało co zostało.Od strony Sowietska zaraz nadciągnie wojsko, szosą, bo nie ma sensu rozwijać się już na tym brzegu.– No, gdyby bronić linii Matrosowki, to jest.– Bronić? Tych chłopaków od Jelianowa rozjadą najdalej do wieczora.W Sowietsku stoi potężny garnizon, cała brygada, nie licząc batalionów Obrony Terytorialnej.– A.tam?Nie mógł widzieć ruchu mojej głowy ku prawej ściance, za którą była rzeka-kanał Matrosowka, kilkanaście kilometrów nizinnego brzegu i błękitna zapewne o tej porze tafla Zalewu Kurońskiego.– Tyle, ile można przewieźć dziesięcioma iłami-76.– Batalion na wozach bojowych – policzyłem.– Albo trzy bez wozów.Mało.Wygracie.– Trochę się na tym znasz – zauważył.– Nie jestem szpiegiem, ale fakt: służyłem w wojsku.Kapitan rezerwy Krechowiak, do usług.Piechota.– No proszę, kolega.– To nie był głos kogoś, kto przymierza się do włączenia autopilota i wykopania mnie za otwarte drzwi kabiny transportowej.Może dlatego, że nie bez powodu pozostawił je w takim, bezpieczniejszym na wypadek katastrofy położeniu.Miał większe zmartwienia niż tropienie szpiegów.– Major Doronin, lotnictwo.Silniki pracowały bez zakłóceń.Na razie.– Czemu kapitan rezerwy chwali się przeszłością? Zniżek dla weteranów nie udzielamy.– Myślę, jak przekonać tamtych facetów.Chciałem dać do zrozumienia, że radzę sobie z bronią.– Milczał, lustrując wzrokiem południowy horyzont.– Może być granat.– Granat? – roześmiał się gorzko.– Czy to pudło wygląda na bombowiec? Kola ma makarowa, ja to – klepnął kaburę.– Wszystko, cała artyleria.Trzeba było się zgłosić przy starcie.Pięć ton amunicji mieliśmy.– Taaak.No to chyba nie przekonamy tych facetów.– Zobaczymy.Zawsze pozostaje to pod wspornikami.Mil, zasadniczo transportowy, miał wysięgniki pod uzbrojenie.Problem w tym, że teraz były puste.Zamiast standardowych rakiet niekierowanych czy działek, Doronin zabrał w podróż dwa podobne do cygar, spore kontenery.Nie byłem pewien ich zawartości, ale strzelać się z nich raczej nie dało.– Trzeba wyjść i pomówić.Lepiej, gdybym to ja.– Psychologicznie niewskazane.Przegrany jesteś w ich oczach.Odruchowo dadzą po łbie drugi raz.A swoją drogą to pocieszające.Mogli zabić, a nie zabili.Mam nadzieję, że z takimi łatwiej się będzie dogadać.Też miałem taką nadzieję.Choć niewielką.– Trzeba było wziąć od Koli tego makarowa – mruknąłem z urazą.– A jeszcze lepiej całego Kolę.Przemknęliśmy nad gromadką ludzi zbierających ziemniaki.Zerknęli na śmigłowiec, i tyle.– Od godziny nie jest z nim dobrze.– Szok pierwszej walki? – domyśliłem się.– Amunicję wieźliśmy do Mysowki, to taka przystań przy litewskiej granicy.Nic wielkiego: dwa pomosty z żurawiami.Jak w nocy zaczęła się ta heca ze spadochroniarzami, wszystko, co żyło, wiało na brzeg zalewu [ Pobierz całość w formacie PDF ]