[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Potem zawodziła wysokim głosem.Kołysała się w przód i w tył, opłakując swoją udrękę, swój smutek, swoją rozpacz.Ale nie było w pobliżu kochających członków klanu, którzy rozumieliby jej nieszczęście.Rozpaczała samotnie i rozpaczała z powodu samotności.Przestała płakać, zdawało jej się, że wypłakała wszystkie łzy, ale okropny ból ustąpił.Po chwili poszła nad rzekę i obmyła twarz, a potem włożyła woreczek z lekami do kosza.Nie musiała sprawdzać jego zawartości.Wiedziała dokładnie, co zawiera.Złapała kij do wygrzebywania, po czym odrzuciła go na bok, gdy rosnący gniew począł wypierać żal, zwiększając jej determinację.Broud nie sprawi, abym umarła!Wzięła głęboki oddech i zmusiła się do dalszego pakowania swego kosza.Włożyła do niego materiały do rozniecania ognia i róg tura, następnie wyciągnęła z fałdy okrycia kilka krzemiennych narzędzi.Z innej fałdy wyciągnęła okrągły kamień, podrzuciła go w górę i ponownie złapała.Każdy kamień odpowiedniej wielkości można było wyrzucać procą, ale gładki i okrągły pocisk zapewniał większą celność.Zatrzymała te kilka, które miała.Następnie sięgnęła po procę, pasek jeleniej skóry, rozszerzony, pośrodku, aby trzymać kamienie, z długimi poskręcanymi od używania końcami.Bez wątpienia należało ją zatrzymać.Odwiązała długi pasek skóry, którym miała przewiązane okrycie z miękkiej skóry kozicy tak, że tworzyły się fałdy, w których nosiła różne rzeczy.Zdjęła okrycie.Stała naga, nie licząc amuletu – małego skórzanego woreczka zwisającego na rzemyku z szyi.Zdjęła go i zadrżała, czując się bardziej naga bez swojego amuletu niż bez okrycia, ale małe, twarde przedmioty we wnętrzu woreczka działały na nią uspokajająco.Oto było wszystko, cały jej dobytek, wszystko, czego potrzebowała do przeżycia – to oraz wiedza, zręczność, doświadczenie, inteligencja, determinacja i odwaga.Szybko zawinęła amulet, narzędzia i procę w swoje okrycie i włożyła je do kosza.Następnie okręciła go skórą niedźwiedzia i obwiązała długim rzemieniem.Owinęła pakunek skórą żubra i uwiązała pnączem za rozwidleniem kłody.Przez chwilę przypatrywała się dzikiej rzece i drugiemu brzegowi, myśląc o swoim totemie, następnie zagrzebała piaskiem ogień i zepchnęła drąg z całym swoim cennym dobytkiem nad rzekę, poniżej drzewa i jego pułapki z gałęzi.Ayla usadowiła się na rozwidlonym końcu, chwytając za sterczące resztki konarów i pchnęła swą tratwę dalej na wodę.Ciało ogarnęła ciągle jeszcze chłodna woda z topniejącego lodowca.Ayla dyszała, z trudnością łapiąc oddech, ale odrętwienie ustąpiło, gdy przywyka do zimnego żywiołu.Wartki prąd porwał kłodę próbując, zgodnie ze wcześniejszym zamiarem, unieść ją do morza i cisnąć w jego wzburzone fale, ale rozwidlone konary zapobiegały kręceniu się.Mocno kopiąc, starała się utorować sobie mogę przez rozkołysaną wodę i kierować się pod kątem w stronę przeciwnego brzegu.Zbliżała się jednak do niego niepokojąco wolno.Za każdym razem, gdy patrzyła w jego kierunku, drugi brzeg był dalej, niż się spodziewała.Poruszała się o wiele szybciej w dół rzeki niż na drugą stronę.Prąd porwał ją i kłoda minęła miejsce, w którym Ayla miała nadzieję wylądować.Była zmęczona, a zimno obniżało temperaturę jej ciała.Dniała.Mięśnie ją bolały.Czuła się tak, jakby całą wieczność kopała z kamieniami uwiązanymi u stóp, ale zmuszała się, by nie przerywać.W końcu, wyczerpana, poddała się nieubłaganej sile fal.Rzeka, wykorzystując swą przewagę; pchnęła prowizoryczną tratwę z powrotem z biegiem wody.Ayla trzymała się kurczowo kłody, która teraz przejęła nad nią kontrolę.Jednakże dalej rzeka zmieniała swój południowy kierunek, skręcając ostro na zachód i opływając sterczący, skalisty, długi i wąski kawałek lądu.Ayla, zanim się poddała, pokonała już trzy czwarte rwącego strumienia wody i gdy ujrzała skaliste wybrzeże, ze zdecydowaniem ponownie przejęła kontrolę nad tratwą.Zmusiła nogi w wodzie do wierzgania, dokładając wszelkich starań, aby dotrzeć do brzegu, nim rzeka nie poniesie jej dalej.Z zamkniętymi oczyma, skoncentrowała się na ustawicznym poruszaniu nogami.Nagle poczuła wstrząs, kłoda otarła o dno i zatrzymała się.Ayla nie mogła się poruszyć.Na wpół zanurzona w wodzie, leżała nadal uczepiona resztek konarów.Fala wzburzonej wody uwolniła kłodę z ostrych kamieni, wzbudzając tym samym w młodej kobiecie panikę.Ayla zmusiła się, więc do tego, aby uklęknąć i popchnąć zniszczony pień do przodu, osadzając go na brzegu, a potem przewróciła się w wodę.Ale nie mogła długo odpoczywać.Drżąc gwałtownie z zimna, zmusiła się do wyczołgania na skalny występ.Pogmerała przy supłach pnącza i wytargała na brzeg uwolniony pakunek.Rzemień jeszcze trudniej było rozplątać drżącymi palcami.Opatrzność pomogła.Rzemień pękł w słabym miejscu.Zdarła długi pasek skóry, odsunęła na bok kosz, wczołgała się na niedźwiedzią skórę i otuliła nią.Zasnęła, nim przestała drżeć.Po pełnym niebezpieczeństw przebyciu rzeki Ayla skierowała się na północ, odbijając lekko na zachód.Letnie dni robiły się coraz cieplejsze, w miarę jak przemierzała rozległe stepy w poszukiwaniu śladów ludzkiej egzystencji.Dzikie kwiaty, które rozjaśniały krótką wiosnę, przekwitły, a trawa sięgała prawie do pasa.Do swojego pożywienia włączyła koniczynę i lucernę oraz z radością powitała sycące, słodkawe orzeszki ziemne, wyszukiwała korzenie, tropiąc rosnące na powierzchni pnącza.Oprócz jadalnych korzeni również strąki mlecznej wyki były wzdęte od rządków owalnych zielonych ziaren, a Ayla bez trudu odróżniała je od trujących kuzynów.Choć minęła pora na pączki żółtawego liliowca, to jego korcenie nadal były miękkie.Kilka wcześnie dojrzewających odmian niskopiennych porzeczek zaczęło zmieniać swój kolor i zawsze można było uszczypnąć na zielony posiłek kilka nowych listków lebiody, gorczycy czy pokrzywy [ Pobierz całość w formacie PDF ]