[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jestem umowiony Zetosie.Musze isc.Lewantynczyk sklonil sie uprzejmie.–Do zobaczenia, panie.Przy starej wiezy nad Hebronem.Oby bogowie strzegli twoich sciezek."I zaprowadzili cie do moich kramow z korzeniami" – pomyslal John.–Owocnego handlu.– Skinal glowa na pozegnanie.Kupiec znow sie uklonil.Scott ruszyl przez plac ku stoiskom bankierow.Szybko sie przekonal, ze i tu trwala awantura.Wysoki mlodzieniec wzywal pomsty Najwyzszego za straszliwe oszustwo, ktorego ponoc dopuscil sie przy wymianie starszawy, sapiacy z oburzenia lichwiarz.Padaly klatwy i wymyslne przysiegi, w pewnym momencie krewki mlodzian trzasnal piescia w stoliczek, az zabrzeczaly lezace w przegrodkach monety.John zacisnal usta."Popelnilem blad" – stwierdzil."Tu afera goni afere.Niczego sie nie dowiem".Nasluchiwal jeszcze przez dluzszy czas, ale nie wylowil z gwaru zadnej informacji o cudach ciesli z Nazaretu.***Mala siedziala pod balustrada, w umowionym miejscu, z dala podobna do porzuconego tobolka ze szmat.–Balam sie, ze nie przyjdziesz – powiedziala, podnoszac na Johna ciemne jak onyks oczy.–Dowiedzialas sie czegos?Wstala i starannie otrzepala lachmany.–Kobiety mowily o roznych prorokach i swietych.Jeden naucza przy bramie zwanej Ucho Igielne, jeden na targu w srodku miasta, a inny przy cysternach.Wszyscy sa bardzo swiatobliwi, czynia wielkie cuda, potrafia latac i rozmawiaja z poslancami, takimi jak ty.Pewien poslaniec uzdrawia, macac wode w sadzawce Siloe, ale nie mozna go dostrzec.Scott zamyslil sie.Sadzawka Siloe stanowila jak na razie jedyne odniesienie do tresci ewangelii.Dobre i to.Zawsze jakis slad.–Chodz – mruknal po chwili.– Pojdziemy obejrzec sobie tych prorokow.***John pociagnal lyk kwasnego jak ocet wina i skrzywil sie."To nie ma sensu" – pomyslal."Czas na bardziej zdecydowane dzialania".Mala, przykucnieta obok, lapczywie wbijala zeby w kawalek owczego sera.Siedzieli na skraju targowiska, sluchajac dobiegajacych z dala wrzaskow czwartego swietego meza.Wychudzony, prawie nagi starzec z koltunem, ktorego mogl mu pozazdroscic niejeden kloszard, roztaczal przed grupka przerazonych kobiet kolejna wizje Sadu Ostatecznego.Szalone oczy bladzily po twarzach zebranych jak slepe, na ustach zaschla piana.Scott nie mial watpliwosci.Wielki cudotworca byl walniety jak szczur z kanalizacji.Tak samo pozostali.Po drodze dowiedzieli sie o jeszcze jednym, koczujacym przy Zlotej Bramie.Ten przynajmniej nie wrzeszczal.Siedzial na ziemi goly i kolysal sie miarowo na boki, czasem wydajac z siebie bolesny jek.Nad jego glowa, jak szydercza aureola, brzeczal roj much.Podobno zaczal kilka lat temu i z miejsca zostal uznany za proroka.Zaden z tych dziwakow nie nazywal sie Jezus i nie pochodzil z Galilei ani z rodu Dawidowego.Nie podrozowal po kraju, gloszac kazania i uzdrawiajac, nie mial uczniow i nie wiodl z soba tlumow.Wszyscy zajmowali sie standardowa dzialalnoscia, ograniczona do wieszczb na temat konca swiata.Sadzawka Siloe przyniosla jeszcze wieksze rozczarowanie.Tlum zebrakow, kalek i chorych o cialach zeszpeconych tradem taplal sie w wodzie z cysterny, a stloczeni na brzegu nieszczesnicy, ktorzy nie mieli sily doczolgac sie do zrodla, jeczeli i blagali o pomoc.Zewszad wyciagaly sie rece proszacych o jalmuzne, kalecy na widok zamoznego Rzymianina szarpali swoje lachmany, zeby obnazyc powykrecane czlonki lub ropiejace wrzody, chorzy zawodzili potepienczo albo wyklinali swoj los.Wszystko razem wygladalo gorzej niz w piekle Boscha.Syf, malaria i smutek.John z westchnieniem siegnal po chleb i kawalek sera."Nic…" – pomyslal ze smutkiem.Moze jednak Johansen pomylil rok.Moze Chrystus zawita do Jerozolimy dopiero w przyszle Swieto Przasnikow? Scott nie wiedzial, czemu czuje sie przygnebiony.Przyjal misje calkowicie obojetnie, a teraz musial w glebi duszy przyznac, ze pragnie odnalezc slady istnienia ciesli z Nazaretu.Temu swiatu potrzeba cudu.Potrzeba jak cholera…Powietrze pachnialo dymem z ogniska i charakterystycznym aromatem arabskiego miasta.Wonia skor, przypraw, gotujacej sie na ulicy strawy, ostrym pizmowym zapachem wielbladow i koz.Teraz zaczela dominowac inna nuta.Won swiezej krwi.Ofiary zarzynanego na Pasche baranka."Agnus Dei" – przebieglo agentowi przez mysl.Zadrzal przejety naglym dreszczem."Co sie dzieje?"Poczul gwaltowna chec, zeby zapalic, ale przez lata nauczyl sie tlumic takie potrzeby.Zerknal na niebo.Slonce przetoczylo sie wyraznie na zachod.Niedlugo zapadnie szybki fioletowy zmierzch, a potem nagle, jakby Bog wylaczyl swiatlo, na miasto spadnie ciemnosc.Rozpocznie sie pierwszy dzien swieta.Czas, zeby spozyc Ostatnia Wieczerze.Handlarze na targu powoli skladali towary.I tak zostali juz tylko najbardziej slamazarni.Scott westchnal znowu.–Chodz – powiedzial do dziewczynki."Zwracam sie do niej jak do psa" – pomyslal z niechecia.Ale tak powinno byc.Nie wolno rozmawiac, pytac o dom czy rodzine, przywiazywac sie.Nie pierwszy raz spotykal dzieci ulicy.Przyjaciol glodu i nedzy.Gdyby chcial kazdemu matkowac, mialby w domu caly sierociniec.Oczy malej robily sie coraz wieksze, w miare jak kupowal coraz to nowe sztuki garderoby.Wierzchnia szate, spodnia szate, sandaly.Zawoj, chuste, czepek, skromne ozdoby.Kiedy podawal kupcowi zaplate, przez chwile czekal w napieciu, ale podrobione ponad dwa tysiace lat pozniej monety nie wzbudzily cienia podejrzen."Dobra robota, Wilson" – pomyslal.Skierowal dziewczynke w pobliski zaulek, kopniakami i drobnymi datkami usunal koczujacych tam zebrakow, a potem starannie sprawdzil, czy sa sami.–Przebierz sie – powiedzial, podajac malej nowa garderobe.–Tutaj? – szepnela wystraszona.–Tak, tutaj.Odwroce sie.Nie bede patrzyl.W milczeniu zagryzala warge.–Pospiesz sie – nakazal ostro.Nadal milczac, zaczela odplatywac zakutana na glowie chuste.Scott stanal w wylocie zaulka.Znow nabral ochoty, zeby zapalic [ Pobierz całość w formacie PDF ]