[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czy wie pan, że z tematów podsuniętych przeze mnie scenarzystom i reżyserom narodziły się aż trzy filmy? Naprawdę — najpierw „Plastyczna twarz”, później.Wielki format”, a wreszcie „Godziny Abaddona”.Nie widział pan żadnego z nich? Cóż, może jeszcze kiedyś trafi pan na nie w jakimś małym kinie… Pozwalam sobie twierdzić, że nie należały do najgorszych.Ach, chciałby pan poznać ich treść już teraz? Dobrze, spróbuję opowiedzieć.Pierwszy to jeszcze jedno przekształcenie nieśmiertelnego motywu Pigmaliona i Galatei; fotograf pstrykający zdjęcia dla magazynów mody poznaje dziewczynę pracującą, jako sekretarka w jednej z redakcji.Z początku nie zwraca na nią uwagi, bo wydaje mu się zupełnie przeciętna.Ale pewnego dnia musi bardzo pilnie sfotografować nową kolekcję sukien, a akurat nie ma w pobliżu żadnej z jego modelek.Rad nierad prosi o pomoc sekretarkę.I wtedy przychodzi olśnienie — makijaż i strój zupełnie odmieniają dziewczynę w oczach fotografa, odkrywają mu pełnię urody, której nie docenił.Gdy wywołuje zdjęcia, jest już po uszy zakochany; całuje lśniące arkusze.Później następują jeszcze różne perypetie, ale oczywiście wszystko kończy się happy endem… Drugi film nakręcił Guido Ciiiini.Jego twórczość nie może być panu całkiem obca — musiał pan widzieć coś z jego rzeczy, na pewno zna pan szczególną atmosferę tych dzieł.No właśnie — groza, niedopowiedzenia, znaki zapytania, po których nie nadchodzą odpowiedzi… W ,,Wielkim formacie” nie zabrakło żadnego z tych elementów.Akcja zawiązywała się w sali koncertowej przed recitalem słynnego pianisty.Zajmująca miejsca w pierwszych rzędach śmietanka towarzyska — wyfraczeni panowie i damy kapiące brylantami — poczynała nagle zdradzać nieopanowany lęk; grymasy wykrzywiały twarze, drżenie wstrząsało ciałami, z wielu ust wyrywały się histeryczne okrzyki… Nikt jednak nie próbował uciekać.Owe zadziwiające sceny utrwalał za pomocą swej lejki młody fotoreporter.Kilkakrotnie zdejmował też punkt ponad podium, w który wpatrywały się wszystkie przerażone oczy, chociaż sam nie dostrzegał tam niczego.Po powrocie do studia właśnie od klatek, w które uchwycił tajemnicze źródło strachu, zaczynał sporządzanie odbitek.Na próżno jednak sięgał po arkusze światłoczułego papieru coraz większego formatu, na próżno lustrował każdy skrawek tych ogromnych zdjęć przez szkło powiększające; kadr był pusty.Wtedy brał się za zbliżenia twarzy.Zafascynowany wpatrywał się w odmalowaną na nich grę uczuć, podziwiał różnorodność w przeżywaniu tego samego; rysy stężałe i rozedrgane, oczy rozszerzone i patrzące przez szparki między zmrużonymi powiekami, ściśnięte wargi i wyszczerzone zęby… Wybierał wreszcie trzy portrety, na których piętno lęku wydawało się odciśnięte najmocniej.W ciągu kolejnych dni odnajdywał owych trzech ludzi i przystępował do ich śledzenia.Fotografując ich z ukrycia i przez teleobiektyw odkrywał wkrótce, że wszyscy trzej mają istotne, rzeczywiste powody do lęku, że w życiu każdego z nich tkwi niosący zagrożenie sekret.W ostatniej scenie filmu fotograf był w swoim studio.Na matowej płycie szklanej, oświetlonej od spodu, rozciągał rolki negatywów.Klatki każdej z trzech klisz składały się na historyjkę obrazkową tłumaczącą stany lękowe podglądanego przez teleobiektyw człowieka.Fotograf wpatrywał się w negatywy, dumał nad czymś, od czasu do czasu brał do ręki lupę, by dokładniej poznać jakiś szczegół.W pewnej chwili jego skupienie pryskało; gwałtownie podnosił głowę i wbijał wzrok w jeden, leżący gdzieś przed nim punkt.I natychmiast do jego rysów przywierała maska panicznego strachu.Kamera odwracała się wolno idąc śladem jego oczu — napotykała tylko białą, czystą, zupełnie pustą ścianę.Na tym tle z twardym stukiem, jakby przyniesiony i przybity siłą wystrzału, pojawiał się pąsowy napis: „Fine”.Cały Cillini! Musi pan przyznać, że to bez reszty w jego stylu!„Plastyczna twarz” i „Wielki format” powstały na moich oczach i przy moim wydatnym współudziale; scenarzyści pierwszego filmu korzystali nieustannie z moich wskazówek, przy kręceniu drugiego Ciiiini potraktował moje własne studio jako pierwowzór dekoracji zbudowanej w atelier.Natomiast z „Godzinami Abaddona” rzecz miała się inaczej.W kilka tygodni po opublikowaniu mego albumu „Zdjęcia frontowe”… Zna pan ten album? Co?!, pamięta pan nawet poszczególne zdjęcia?! Pan mi doprawdy pochlebia… Więc po opublikowaniu tego właśnie albumu otrzymałem list [ Pobierz całość w formacie PDF ]