[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Teraz już wszyscy: Mahon, Kenan, Blish i Short patrzyli prosto w ponurą tarczę czerwonego olbrzyma.Short wzdrygnął się.— Czuję się… — wyciągnął rękę i powoli rozcapierzone palce zwinął w pięść.— Jakby i mnie tak zdusiło w garści.— To tylko rozmiary— powiedział Blish.— Właściwa gęstość…— Ba! — westchnął Short.— Ile ich jest, tych planet? Może na nich istniało żyde.Na każdej odmienne.Teraz ogarnęła je wspólna gorączka.Wspaniały przykład niwelowania odmienności na kosmiczną skalę.Pod znakiem ognia.Ileś tam planet, zjednoczonych w jedno Imperium Czerwonej Gwiazdy.— Nad tym przynajmniej nie musimy się rozczulać — cicho powiedział Blish.— Nawet, jeśli tam kiedyś istniało życie.Zostały ogniste kule drążące wnętrze, jak ty to nazwałeś — Imperium Czerwonej Gwiazdy.Teraz to tylko gwiezdna maszyna.Nic więcej.Short roześmiał się nerwowo.— Pocieszasz mnie — powiedział.— Tym niemniej mam uczucie, jakby to mnie ktoś potężną stopą nadepnął na pierś.Jeszcze się śmiał, kiedy zatrzymał wzrok na Mahonie.Ten skurczył się jakby, cały zapadł w sobie.Twarz mu przy tym zbielała i dygotał z rękami wczepionymi w żołądek.Nagle zachwiał się.Byłby upadł, gdyby nie Blish, który go powstrzymał przed lotem twarzą na wprost monstrualnego widma.Short jęknął i też sam siebie chwycił za gardło.Kenan pochylił się nad Mahonem.Ten leżał na wznak i rękami rwał na sobie skafander.Przez zaciśnięte zęby nie wykrztusił ani jednego słowa.Jego oczy zrobiły się nagle puste, jakby się wszystko w nich zwęgliło od piekielnej gorączki.Short chwycił Kenana za ramię.— Posłuchaj, Ken — wychrypiał.— Czujesz? Nie… Nie!Nagle zrobił zdziwioną minę.Łzy mu zabłysły w oczach, był znowu bezbronnym chłopcem, któremu ktoś — stokrotnie potężniejszy — chce sprawić ból, jakby już mu się stała jakaś niezasłużona i niepowetowana krzywda.Rozciągnięty na podłodze Mahon drgnął wzdłuż całego ciała i nogami uderzył w posadzkę.— Boże mój, Ken! — Short odstępował przed czerwonym obrzękiem przestrzeni.— Precz! Precz stąd!Kenan już skoczył w stronę stanowiska dowódcy.Kołpak sprzężenia z Synchromatem połknął mu głowę aż do ramion.Mahon wił się na podłodze, wierzgał nogami.Blish próbował go przytrzymać.Jemu też oczy czerniały.Short zatoczył się w fotel nawigatora.Ustami rozpaczliwie łapał powietrze.Nie wiedział, nie pojmował, co się z nim dzieje.Kenan w sprzężeniu z Synchromatem zadygotał prawie jak Iv Mahon.Czuł sobą cały statek.I rozpaczliwy wysiłek — swój i ogromnego statku, który próbował wyrwać się z domeny Czerwonej Gwiazdy.Istnieją więzy twardsze od grawitacji — czuł więc, że nigdy odtąd, choćby zostawili za sobą przestrzeń mierzoną tysiącami lat biegu światła — nie uda im się zerwać tej pępowiny.Druga pieśń — O bóluBonner był partenogenistą Domu Na Jeziorze.Od kiedy został sam, miał dużo wolnego czasu.Tym brzemieniem gotów się był podzielić z kimkolwiek.Brakowało chętnych.Najpierw jego zachwyt budziły zaćmienia siedmiu słońc, potem poddał się zwyczajnemu lenistwu, gdyż niepodobieństwem było rozgryźć cykliczność odsłon, w których malachitowe zaćmienia ustępowały miejsca koincydencji żółci i błękitu, dawały wolną rękę karminowemu obrzękowi nieba, to znów zezwalały, żeby neutronowy karzeł przeczesywał przestrzeń najtwardszym promieniowaniem.Stroboskopowy efekt ultrafioletu przenikającego płaszcz atmosfery potrafił powalić na ziemię wszystko, co żyje, nawet dimorfodonty zwykle kołujące w powietrzu na błoniastych skrzydłach.Nawet pnie drzew — niespodziewanie giętkie, niby maszty podczas potwornego sztormu.W takich chwilach chciało się z kimś dzielić nie tylko czas, ale i samego siebie, żeby co najmniej na dwoje rozłożyć mękę ciała smaganego laserowym pejczem.W takich chwilach wszelkie kształty rozsypywały się w piaszczystą szarość.Potem trzeba było znowu po szyję zanurzać się w Jeziorze, nurkować głębiej, żeby ciśnienie wody zebrało wokół szkieletu rozkojarzoną cielesność.Drzewa z chrzęstem rozchylały zaskorupiałe gałęzie, żeby wodnej pary nałykać się sparzonymi liśćmi.Czasami całe Jezioro wynosiło się w chmury, żeby znów zwolnić ich upust, by się dopełnił puchar dna i osłonił szklane słupy, na których wzniesiono platformę Domu Na Jeziorze.Budowniczowie tej wyspy, nawet bez zwodzonych mostów, zostawili po sobie kilka automatów remontowych i wraki maszyn budowlanych, z roku na rok rdzewiejące na dnie Jeziora.Poza tym został po nich Bonner.A przynajmniej oddychał jeszcze i nie wyzbył się pragnień.Na początku jego obecność była niezbędna.Potem nastąpił rozruch pierwszego i jedynego inkubatora.Wtedy mógł się tylko przyglądać.Wreszcie urodziła się Silla i znowu poczuł się potrzebny.Niczego nie musiał doglądać, a przecież przychodził codziennie i pochylał się nad kołyską.Czasami przed jego wzrokiem rozchylał się biały oprzęd i mógł do woli pieścić spojrzeniem jej różowe ciałko.Uśmiechał się do niej i wtedy wyciągała do niego maleńkie rączki.Tłuste paluszki z ochotą pakowała mu w oczy.Za dużo się wtedy napatrzył.Nazbyt mu utkwił w pamięci tamten pierwszy obraz — różowy pączek w białych płatkach, cały pachnący niewinnością i radośnie otwarty przed jego wzrokiem.Może byłoby dla nich lepiej, gdyby jej nigdy nie widział takiej właśnie.Ani się spostrzegł, kiedy wyrosła z kołyski i mógł z nią wychodzić na spacery.Oprowadzał ją po całym Domu, chociaż najchętniej biegła prosto do balustrady ograniczającej platformę [ Pobierz całość w formacie PDF ]