[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Obce pochodzenie i nierzadko związana z tym odmienność fizyczna, czyli na przykład inny kolor czy odcień skóry, w dodatku połączony z odmiennością psychiczną – to wystarczy.– Jedna rzecz mnie tylko zastanawia – zauważył ksiądz Marek – zwykle mamy do czynienia z sakralizacją ofiary, zwłaszcza jeśli jej złożenie przyczynia się w oczach społeczności do poprawienia ogólnej sytuacji.A tutaj nastąpiło zjawisko odwrotne – demonizacja.O takim przypadku jeszcze nie słyszałem…– Tak, to faktycznie może i jest ciekawe, ale ja się pytam, co ksiądz zamierza z tym zrobić? – Wójt zdradzał pierwsze oznaki zniecierpliwienia.– Najpierw zamierzam pozwiedzać.– Pytany uśmiechnął się tajemniczo, podziękował i wstał od stołu.Proboszcz miał starego rozklekotanego Wartburga, więc podróż do oddalonego o dwa i pół kilometra Bobrowiska nie była może komfortowa, ale dość krótka.Dojechali tylko na skraj wsi, gdzie auto się zatrzymało i cała czwórka wysiadła.– O, to tutaj – rzekł wójt, wskazując na ruinę małej chałupki ze ścianami z dobrze wypalonej gliny.Po chwili zmieszał się nieco, bo przypomniała mu się ułomność księdza Marka, ale Ania natychmiast zaczęła beznamiętnie opisywać:– To musiała stać kiedyś jakaś stara chałupa.Teraz tylko dwie ściany z gliny zostały i puste otwory po oknach, jak oczodoły w czaszce… Chwasty wokół i jaszczurek mnóstwo.Dzika malina też tu rośnie, ale chyba wody ma mało, bo jagód żadnych nie widzę, a to już pora najwyższa…– Wody mało, bo rzeka innym korytem teraz idzie – wtrącił wójt.– Przedtem szła o tu, przed górką.– A czemu teraz nie idzie? – zapytał ksiądz Marek.– Bo koryto nowe wykopane, aby do młyna był większy spad.– To i malina nie rodzi…– Ano – nie rodzi.– Co ciekawe – wtrąciła Ania – żadnych ptaków ani owadów tutaj w powietrzu nie ma i nie słychać ćwierkania czy brzęczenia.Nic nie słychać.Cisza taka, że…– …że nawet i ja ją widzę i słyszę – mruknął ponuro ksiądz Marek.– Ale wydaje mi się, że ta historia miała bardzo, bardzo ponure zakończenie.Ja to po prostu czuję.A tutaj, w tym miejscu, rozegrała się pierwsza część dramatu… Czy możemy podjechać teraz do młyna?– Za jasnego można, choć też strach – mruknął przyzwalająco wójt, więc wsiedli z powrotem do Wartburga i powoli przejechali przez całą, liczącą zaledwie dwanaście chałup, wieś.Rzeka zaraz za zrujnowaną chałupką ginęła gdzieś wśród pól, aby po ominięciu wioski szerokim łukiem powrócić przy samym jej końcu, gdzie na małej stromiźnie, schodzącej w dół do stawu, stał młyn – potężny budynek z widocznym już z daleka nadsiębiernym kołem, które furkotało jak oszalałe, przewalając hektolitry bezużytecznej teraz wody.Koło obracało się wartko, bo spadek rzeczki rzeczywiście był spory, ale nie napędzało żadnych urządzeń.Panującą wokół ciszę mącił tylko turkot jałowo obracającej się osi i bulgot wody w stawie poniżej.Sam zaś budynek młyna wyglądał na nieruszony, cichy, spokojny i opuszczony.Ale w żadnym z okien nie ostała się ani jedna cała szyba.Powoli szli w jego stronę, aż nagle wójt stanął jak posąg.– Ja… kroku dalej nie zrobię… – wysapał.– Boicie się, kumie? – zażartował dobrotliwie proboszcz.– Pewnie, że się boję, choć ze świętymi osobami nie strach iść nawet przeciw siłom nieczystym.Ale ja… ja dalej iść nie mogę.Coś mnie trzyma i nie pozwala kroku naprzód zrobić.– Atak paniki może objawiać się czasowym, częściowym lub całkowitym paraliżem… – zaczęła Ania, ale wójt przerwał jej gwałtownie:– Nijakiej paniki nie mam! – wrzasnął.– Iść po prostu nie mogę! Próbuję, ale… o! Jakbym przed ścianą stał.– To i stójcie tutaj sobie dalej – proboszcz wzruszył ramionami – a my wejdziemy do środka.Młyn podzielony był na parterową część mieszkalną, do której wchodziło się z wysokiego ganku, i na położoną poniżej podbudówkę, z wejściem prawdopodobnie od drugiej strony, w której znajdowały się maszyny i urządzenia.W części mieszkalnej panował nieopisany wprost bałagan.Sprzęty były powywracane, krzesła połamane, podarte zasłony walały się na podłodze.Wszystko wyglądało jak po przejściu wichury, co beznamiętnym głosem Ania opisywała księdzu Markowi.Ten stał nieruchomo w korytarzu, a dziewczyna podchodziła kolejno do drzwi poszczególnych pomieszczeń.– O, a kuchnia jaka… Wszystkie naczynia pobite… W pokoju krzesło połamane i drugie też… Telewizor rozbity…– A lustra? Lustra całe? – dopytywał się ksiądz Marek.– Pobite wszystkie co do jednego, tak jak szyby w oknach.Ale oprócz tego bałaganu to nic dziwnego tutaj nie widzę…Proboszcz stanął w samych drzwiach, tak na wszelki wypadek.Wyglądał, jakby był gotów do natychmiastowej ewakuacji, choć dokonałby jej z godnością i bez wielkiego pośpiechu, tak żeby nikt nie mógł jej nazwać ucieczką.Ksiądz Marek wciąż trwał nieruchomo na środku korytarza i z uwagą słuchał relacji dziewczyny.– Czy są tu jakieś schody na strych? – zapytał.– Tak, są – Ania przerwała rekonesans i podprowadziła niewidomego do poręczy schodów, które zaczynały się w połowie korytarza, a których koniec pogrążony był w ciemnościach.– To… – powiedział – …to jest na górze.Zaczął wchodzić po drewnianych, skrzypiących stopniach.Powoli, tak powoli, że gdyby zwolnił jeszcze odrobinę, stanąłby w miejscu.Pozostali widzieli jego zgarbione plecy i niemal czuli opór powietrza, jakby sama natura broniła wstępu na strych.Ale ducha tu nie było, a w każdym razie – oni go nie dostrzegali.Kiedy ksiądz dotarł na szczyt schodów, z wysiłkiem pokonując każdy kolejny stopień, zamiast na zagraconym – wiejskim zwyczajem – strychu stanął w obszernym i zupełnie pustym pomieszczeniu.Podłoga była starannie zamieciona, bo kiedy przesuwał się, szurając nogami, wyraźnie pod podeszwami lekkich półbutów czuł strukturę drewna równo przyciętych desek leżących na podłodze.Niespiesznie obszedł całe pomieszczenie, dotykając cały czas lewą dłonią ściany, a prawą wyciągając przed siebie w badawczym geście.Nie natknął się jednak na żadną przeszkodę, choć wyraźnie odbierał, że coś tu jest; jakaś przeszkoda właśnie, ale nie w sensie fizycznym.W każdym razie – nie tylko.– Macie jakąś wodę? – zawołał w dół schodów [ Pobierz całość w formacie PDF ]