[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zwykle rozpuszczone, wiązane tylko do pracy w kuźni, teraz były zebrane w grubą kitę i okręcone rzemieniem.Mina odstraszała, a oczy wręcz zmrażały duszę.Szare jak stal zdawały się wwiercać w człowieka, budząc przerażenie.Groźne wrażenie potęgował młot, którego głowica wystawała zza pleców.–Na bogów, mów, co się stało? – Namiestnik podszedł do Durusa i złapał go za ramiona.Nikogo to nie zdziwiło, gdyż wszyscy wiedzieli o ich przyjaźni, a nadto kowal, umiejący wykuwać przednią broń, cieszył się niemal szlacheckimi przywilejami.–Podajcie kufle i garniec miodu – krzyknął Hisarr do czeladzi.– Mów, przyjacielu.Durus powiódł ponurym wzrokiem po twarzach rozbawionych gości.Widząc to spojrzenie, Hisarr poczuł, jak uginają się pod nim kolana.Złapał Durusa za łokieć i delikatnie skierował ku drzwiom.–Chodź, przyjacielu, znajdziemy ustronne miejsce i tam mi wszystko opowiesz.Kowal milcząco skinął głową i dał się poprowadzić.Przeszli przez korytarz i skręcili na schody wiodące do prywatnych komnat namiestnika.Tam Hisarr posadził niespodziewanego gościa na swoim fotelu, nalał mu miodu i jeszcze raz poprosił, by opowiedział, co się wydarzyło.Słuchając niewiarygodnej historii, nie wiedział, co myśleć.Archaja była niewielkim, spokojnym namiestnikostwem, zapomnianym przez bogów i panującego władcę.Leżała z dala od stolicy imperium, nie miała innych skarbów prócz ziemi, toteż omijali ją różnej maści włóczędzy i obieżyświaty.Do dziś największym problemem, z jakim musiał się uporać namiestnik, była kradzież źrebaka.To co usłyszał, przerastało jego najśmielsze wyobrażenia.Jednakże najbardziej przeraził go sam Durus, a raczej sposób, w jaki opowiadał.Mówił bez cienia emocji czy gniewu; dopiero pod koniec, gdy zza pazuchy wyciągnął kawałek skóry, w jego głosie zabrzmiało echo jakichś uczuć.–Widziałeś kiedyś ten znak? – Durus rozpostarł skórę na stole.Namiestnik pochylił się i przyjrzał wyrysowanemu węglem znakowi.Przypominał skrzydlate, przekreślone na krzyż koło.–Znalazłem go nad drzwiami – wyjaśnił kowal.– Nad drzwiami i na czole żony.Wyrysowany krwią.Hisarr zadrżał, słysząc to beznamiętnie wyrzeczone zdanie.Sam znak nic mu nie mówił.–Nie, niczego podobnego nigdy nie widziałem.Nie wiem, co o tym sądzić.Gdyby nie chodziło o ciebie, pomyślałbym, że to majaki pijaka.– Ze znużeniem przetarł oczy.Obraz, który rozpostarł przed nim Durus, był zbyt okropny, by go od ręki przyswoić.– Nie wiem – powtórzył bezradnie.– Jak mógłbym ci pomóc?Kowal jednym haustem wypił miód i spojrzał na namiestnika.–Chcę odnaleźć tych łotrów, chcę odnaleźć córkę i chcę wiedzieć, co się stało.Dlatego muszę sprzedać moją ziemię.W dzieciństwie byliśmy przyjaciółmi.– Gestem ręki powstrzymał rodzący się protest Hisarra.– Tak, wiem, jesteśmy nimi do teraz.Dlatego w imię naszej przyjaźni proszę cię, żebyś kupił moją ziemię.Mógłbym sprzedać ją komukolwiek, lecz nie mam czasu się targować, a wiem, że ty zapłacisz mi uczciwie.Hisarr zamyślił się, potem spojrzał wprost na Durusa.–Nie, nie zapłacę.– Widząc gniew na jego twarzy, dodał twardo: – Przynajmniej najpierw mnie wysłuchaj.Durus, hamując złość, ponuro pokiwał głową.–To szaleństwo – mówił szybko namiestnik.– Nie masz pojęcia, kim są ci ludzie, być może to pospolici bandyci i nigdy ich nie znajdziesz.Kowal chciał coś powiedzieć, lecz Hisarr nie dał mu dojść do głosu.–Wiem, że nie zdołam odwieść cię od tego zamiaru, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym chociaż nie spróbował.Zaraz rozkażę służbie przygotować dla ciebie komnatę.Prześpisz tutaj dzisiejszą noc i jeśli rano nie zmienisz zdania, nie będę cię więcej powstrzymywał.Poczekaj – uniósł dłoń, widząc, że Durus znów chce mu przerwać.– Rano dam ci w złocie równowartość ziemi.Ale nie kupię jej, będzie czekała na twój powrót.Mój daleki kuzyn, który gospodaruje niedaleko ciebie, będzie ją uprawiał do tego czasu.Jeżeli nie wrócisz… – w głębi duszy Hisarr sądził, że tak właśnie będzie – przejmę ją.Co więcej, dam ci list polecający do satrapy.Może Archaja nie jest największym namiestnikostwem ani ja największym namiestnikiem, ale moje imię coś znaczy na dworze – dodał z lekkim odcieniem dumy, lecz zaraz potem spoważniał i spojrzał w oczy kowalowi.– Jeśli tam nie zyskasz pomocy, nie znajdziesz jej nigdzie, nawet u samego króla.A teraz, przyjacielu, napijmy się, żeby choć na tę jedną noc przepędzić troski.– Słysząc, jak Durus nieskładnie próbuje mu dziękować, oznajmił: – Poczekaj, powiem gościom, że odwołały mnie ważne sprawy, i każę przynieść więcej miodu.– Nie czekając na reakcję, wyszedł z komnaty.Gdy wrócił i usiadł przy stole, nalał miodu do kubków i ponownie zaczął mówić.Wreszcie pijany kowal wsparł głowę na rękach i zaczął szlochać.Hisarr odczekał jeszcze trochę, a potem ze służbą zaniósł go do przygotowanej komnaty.Nazajutrz rano Durus nie zmienił zdania, mimo że namiestnik wraz z żoną próbowali go odwieść od podjętej na gorąco decyzji.W końcu Hisarr z ciężkim sercem wręczył mu pękaty trzos i zapieczętowany list.Za namową żony podarował też kowalowi czarnego bojowego ogiera, którego układał dla najmłodszego syna.–Dbaj o niego, a ci się odwdzięczy – powiedział, przekazując mu wodze.– Ma na imię Otryt.Hisarr długo po pożegnaniu wpatrywał się w malejącą postać przyjaciela.Był pewien, że już nigdy więcej go nie ujrzy.Szkarłatny skośny żagiel smętnie zwisał z rei.Nawet najsłabszy podmuch wiatru nie poruszał proporcem na topie masztu.Dla doświadczonych marynarzy było jasne, że ta cisza jest nienaturalna.Nieruchome morze przypominało raczej zielono-błękitny kryształ niż wodę.Kapitan Szango z odrazą przypatrywał się temu, co działo się na pokładzie jego kogi, ale nie śmiał się odezwać.Na rufowym kasztelu, ocienionym przez żagiel, czterech akolitów w kapturach wznosiło kratownicę.Kiedy konstrukcja została ukończona, spod pokładu wywlekli trzech niewolników.Z Kitahai, ocenił kapitan.Mieli żółtawą skórę i ciemne włosy splecione w warkocze.Zakuci w łańcuchy szli niczym bydło na rzeź.Akolici przywiązali ich do kratownicy, a potem jeden z nich rozpalił ogień na trójnogu.Szango odwrócił się i splunął [ Pobierz całość w formacie PDF ]