[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Leze.Nasza medycyna uczy, ze po urazie nalezy przez chwile zachowac bezruch, by zbadac swoje cialo umyslem - analizujac docierajacy do mozgu bol.Natychmiastowe proby poderwania sie z ziemi, obmacywanie konczyn i temu podobne nerwowe ruchy przynosza powazne szkody psychice i opozniaja powrot do zdrowia.Poza tym, jesli ktos mnie obserwuje, lepiej udawac zabitego.Przymykam oczy, szepcze modlitwe.Dotykam czola w gescie przywolania pamieci przodkow.Zyje.Tylko sie potluklem.Musialem przerwac obwod, kiedy wszedlem.Mina zalozona byla tak, by eksplodowac w chwili, gdy bede sie meczyl ze srubami.Rower, o dziwo, tez jest caly, wskakuje wiec na siodelko.Trzeba oddalic sie, zanim huk wybuchu sciagnie na miejsce ciekawskich oraz tubylcze sluzby.Rzucam okiem na wyswietlacz telefonu.Marta probowala sie do mnie dodzwonic.Nie poddaje sie.Zal mi jej.Nie mogla gorzej ulokowac swoich uczuc.Nasze swiaty dzieli polowa wszechswiata.***Obchodzenie naszych swiat to skomplikowany problem.W swiecie, do ktorego trafilismy, wszystko jest inne.Doba trwa ponad cztery czori krocej.Planeta obiega swoja gwiazde w zawrotnym tempie, podczas kiedy u nas rok trwa ponad tysiac ziemskich dni.Do tego nasz kalendarz dawno uniezaleznil sie od czegos tak trywialnego jak pory roku czy zjawiska astronomiczne.To wymusza kolejne skomplikowane obliczenia.Klucze, sprawdzam, czy nikt mnie nie sledzi.Przemykam dziwna, pokretna trasa, mkne przez smierdzace moczem bramy, przecinam podworka dziewietnastowiecznych czynszowek.Zblizam sie ostroznie do wyznaczonego punktu.Jesli wszystko dobrze wyliczylismy, dzis o 11.47 przypada moment, gdy w naszym swiecie wschodzace slonce wyznacza Dzien Odejscia Stad.Stracilem moj stroj obrzedowy, ale w kwaterze glownej powinien byc jeden zapasowy.Przy ulicy w umowionym miejscu stal fiacik.Mial podniesiona maske, zapalone swiatla awaryjne, a kawalek za nim stal trojkat ostrzegawczy.Siadlem z tylu, Timker i Agrejmis wskoczyli do samochodu i bez zbednych slow ruszyli, wlaczajac sie sprawnie w sznur pojazdow przetaczajacych sie ulica.Trzeba wylaczyc komorke i wyjac z niej baterie.Moze byc na podsluchu.Gdzies za Wilanowem zjechalismy w lewo, w strone Wisly.Dluzsza chwile kluczylismy po polnych drogach pomiedzy zagajnikami, az wreszcie zatrzymalismy sie kolo zapuszczonego gospodarstwa przylegajacego prawie do walu przeciwpowodziowego.Nie zdazylismy zapukac, gdy drzwi domu otworzyly sie goscinnie.Asper jak zwykle nie dal sie zaskoczyc.Wchodzimy do niewielkiego saloniku.Na kominku plonie ogien, sciany wylozono kamieniem.Wokol okraglego stolika stoi kilka krzesel, kazde z innej parafii.W kacie spiewa para w samowarze, na koronkowej serwecie patera z kromkami i miska z oliwa do maczania chleba.Staje przed sciana.Gdy ja ratowalem zycie, uciekajac z jednym zawiniatkiem w garsci, Ana i Tavi postaraly sie, by zabrac na tulaczke wszystko, co niezbedne.Portret krola Kasaora, haftowane na amili godlo krolestwa, wyciety w kamieniu symbol gotowosci w oczekiwaniu.Stoje przed nim z kornie pochylona glowa.Unosze dlonie, by wykonac znak przyjecia.Przez chwile czuje sie jak w ojczyznie, jakbym nigdy nie opuszczal rodzinnej Fresii.***Pamietam tamten dzien przed laty, jakby to bylo wczoraj.Nadchodzil swit.Za pol czori mialem zdac warte.W zaulkach panowal spokoj.Zolnierze siedzieli w koszarach, guerille zapadly w swoich kryjowkach, nieliczni mieszkancy, ktorzy pozostali w miescie, z pewnoscia jeszcze spali.Bylo na tyle jasno, ze nawet z tej odleglosci widzialem, jak stryczki na szubienicach w Forcie Krakena kolysza sie w leniwych podmuchach wiatru.Nie wiem, co sprawilo, ze oderwalem wzrok od portu, by spojrzec przez lunete na morze.Rzad ciemnych plamek zdawal sie wisiec tuz nad horyzontem.Sterowce.Dwadziescia, moze trzydziesci sztuk.Pedzone lekkim wiatrem, wykorzystujace maksymalnie polowe mocy silnikow, szly w szyku bojowym, kierujac sie prosto na Fresie.A zatem przegralismy.Nasze powstanie po dwudziestu dniach i opanowaniu wiekszej czesci gornego miasta wlasnie upadlo.Dalszy opor jest niemozliwy.Dwa, moze trzy tysiace zolnierzy gwardii republikanskiej wykurzy nas jak szczury z nor.Obudzilem moich podkomendnych.Zrozumieli od razu.W milczeniu patrzyli, jak rozwiazuje szarfe zdobiaca moje czolo.Poprowadzilem ich ku klesce.Oficer krolewskiej armii w takim przypadku mial tylko dwa honorowe wyjscia: samobojstwo lub poddanie sie probie przejscia przez brame.Nie bylem mianowanym przez krola oficerem, ale przyjawszy na siebie godnosc dowodcy oddzialu, przypieczetowalem swoj los.Odpowiedzialnosc jest czescia wolnosci.Moi towarzysze odejda na wschod, odszukaja w wioskach swoich krewnych, rozplyna sie w morzu uchodzcow.Beda zyc w strachu przed zdemaskowaniem, ale wsrod swoich.Ja musze odejsc do innego swiata.Jesli przezyje te probe, bede uznany za oczyszczonego z win.To trudna proba.Jak dotad wrocil moze co setny.***Budze sie ze wspomnien.Nikomu nie mowilem o tym, co wygrzebalem w Sieci.Nie chce budzic zludnych nadziei.Rozczarowanie byloby zbyt bolesne.Do wsi pojade z Asperem.Poki nie uda sie sprawdzic sladu, lepiej przyjmowac, ze jest nas jedynie szescioro.To oznacza, iz nie mamy jak wrocic [ Pobierz całość w formacie PDF ]