[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Kiedy tak - na wpół z płaczem zawołała Halszka - to i ja pójdę;nie opuszczę cię przecież, braciszku! Niech się dzieje wola Boska!- I nie pożałujesz, Halszko, pełny fartuszek dukatów ci nasypię.A teraz - schodźmy do piwnic!I poszli.W lochach zwaliskaSchody były drewniane, połamane i zepsute, a niektórych stopni brakło już zupełnie, tak że trzeba było często skakać ze stopnia na stopień, pomijając otwierające się pomiędzy nimi luki.Dość uciążliwa była to droga, zwłaszcza iż zaraz niedaleko od wnijścia załamywały się schody i ciemność ogarnęłaWalka, Maćka i Halszkę.Wprawdzie niewielkie światełko migotało w oddali; było to zapewne okienko piwniczne, wychodzące na Brzozową, bo tyły domów z Krzywego Koła na tę właśnie ulicę miały widok, ale światełko to było dalekie i niepewne, ile że okienko musiało być brudne i pajęczyną zasnute.Waluś szedł przodem, o kilka kroków przed rodzeństwem; dobrej był myśli i podśpiewywał sobie wesoło, nie przeczuwał biedaczek, co go spotka za chwilę.Tak idąc ostrożnie i pomału, zeszli nareszcie do lochu i znaleźli się w wielkiej, sklepionej piwnicy.Pod ścianami jej stały rozmaite rupiecie: stare okna, futryny, drzwi i różne nieużyteczne graty.Po prawej stronie piwnicy widać było, uchyloną nieco, żelazem okutą furtkę od dalszych zapewne lochów.- Maćku, Halszko! - rzekł Waluś, a głos jego dziwnie ponuro rozbrzmiał w głębokościach podziemia.- Kiedyśmy tu już zeszli, to idźmyż i dalej, spenetrujmy całe zwaliska, a skarb znajdzie się na pewno.- Walusiu, mój Walusiu! Proszę cię, chodźmy już na górę! -rzewliwie zawołała Halszka.- Co nam po skarbach! Wróćmy, ja się czegoś lękam okropnie.- I ja bym radził wrócić - poważnie rzekł Maciek.- Dalszej drogi nie znamy; kto wie, co może być za tą furtą? Rodzice i nasi, i twoi niespokojni będą.Czemuż ich martwić?- A ja jednak pójdę i wy pójdziecie ze mną! - krzyknął zapalczywieWaluś.- Co mi tam wszystkie bajdy o strachach! O! Raz, dwa, trzy!Już idę!I powiedziawszy to pobiegł do furty zamczystej, szarpnął ją, otworzył - i nagle, jak piorunem rażony, runął na ziemię jak długi.- Co to się stało?Z otwartej czeluści drugiej piwnicy buchnęło zgnilizną i w zielonawym świetle, przypominającym blask świętojańskich robaczków, Maciek i Halszka ujrzeli okropnego potworka.Był to niby kogut, niby wąż.Głowę miał kogucią z ogromnym purpurowym grzebieniem w kształcie korony, szyję długą i cienką, wężową, kadłub pękaty, nastroszonymi czarnymi pióry pokryty, i nogi kosmate, wysokie, zakończone łapami o ostrych olbrzymich pazurach.Ale najstraszniejsze były oczy potwora: wyłupiaste, okrągłe, do sowich ślepiów podobne, jarzące się to czerwono, to żółto; oczy te, na szczęście, nie widziały Maćka i Halszki, utkwiła je bowiem poczwara w ciało leżącego na ziemi i nieżywego już, biednegoWalusia.- Bazyliszek! - szepnął drżącym głosem Maciek.- To bazyliszek, siostrzyczko; schowajmy się, schowajmy czym prędzej!I po cichutku, trzymając się za ręce, dzieci na paluszkach posunęły się ku ścianie i wśliznęły się za wielkie drzwi o mur prastary oparte.W tym ukryciu, bezpiecznym na razie, Maciek począł szeptać siostrzyczce do uszka:- To bazyliszek! Słyszałem o nim od tatuńcia.Sroga to stwora! Na kogo spojrzy - wzrokiem zabije! Tak zabił Walusia.Stójmy tu cicho, Halszko, stójmy cichutko.- Boże, mój Boże! - załkała Halszka.- Co to będzie? Co się z nami stanie? Po cośmy tu przyszli? Po cośmy tu przyszli? Ja chcę do domu!- Uspokój się, siostrzyczko - szeptał Maciek - wrócimy do domu, jeśli Bóg pozwoli; ale teraz chodzi o to, żeby nas bazyliszek nie spostrzegł, bo jak zobaczy i spojrzy na nas - wszystko przepadło:umrzemy!- Maćkuuuu! Maaaćku! Halszko! Halusiu! - rozległo się nawoływanie z ulicy.- Maaaćku! Haaalszko! Gdzież wy jesteście? Obiad gotowy!Obiad gotowy!Przerażone dzieci poznały głos Agaty, ale się odezwać nie śmiały.Bazyliszek odwrócił łeb grzebieniasty, jeszcze straszliwiej najeżył pióra i jaskrawymi ślepiami spojrzał w stronę schodów.Na schodach stanęła stara Agata, a za nią, w ulicy, widać było gromadkę mieszczanek i mieszczan.- Tu zeszły, tu zeszły na pewno - ozwały się głosy na górze- musiały się zabłąkać w podziemiach; nie schodźta, Agato, bo was jeszcze jakie licho zadusi!Ale Agata, poczciwa stara służąca, już schodziła do lochu - i oto zaledwie zeszła na dół, zabrzmiał jej okrzyk, okropną trwogą wezbrany, i głucha, posępna cisza zaległa znowu piwnicę.To płomienisty wzrok bazyliszka uderzył w nieszczęsną i trupem ją na miejscu położył.Gromadka sprzed schodów pierzchnęła w Rynek i w przyległe uliczki, roznosząc wieść okropną na miasto.Skamieniałe z przerażenia rodzeństwo przytuliło się do wilgotnego muru, trzymając się konwulsyjnie za rączki, a bazyliszek rad ze zniszczenia, jakie uczynił, począł przechadzać się po lochu tam i z powrotem, tam i z powrotem.Wydostać się z piwnicy nie było sposobu!.U czarownika- Pani Ostrożyno! Pani Ostrożyno! Dzieci wam przepadły! Dzieci wam w lochach zginęły!- Jezusie! Maryjo! Co takiego! Co wy mówicie, ludzie? Gdzie? Jak?Gadajcie!- Ano, polazły do piwnic na Krzywym Kole, musi bies im główki ukręcił, niebożętom!- Chrystusie cudowny u Fary! Ratuj! Wspomagaj! Skądże wy wiecie to wszystko?- Widzieli szewczyki z przeciwka, jak dzieci z Walkiem od Klepki schodziły w podziemia, a potem wasza Agata wołała je, wołała, aż zeszła do piwnic - krzyknęła okropnie - i już nie wyszła!Słyszeliśmy!- Agatę ja posłałam, bo dzieci nie wracały.Boże wielkiego miłosierdzia, bądź miłościw mnie grzesznej! Co ja pocznę, nieszczęsna?!W przedsieniu uczynił się rumor i przedzierając się przez ciżbę wpadł do alkierza mistrz Melchior.Blady był płatnerz i drżący, bo już dowiedział się był w kuźni o srogim ciosie, jaki go ugodził.AMaćka i Halszkę miłował ponad wszystko, ponad życie własne!- Co robić, Melchiorze, co robić? - biadała Ostrożyna [ Pobierz całość w formacie PDF ]