[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Parę rachitycznych drzew wyrastało z suchej, pomiętej trawy, dawno niekoszonej i usianej śmieciami.Flick z westchnieniem wygramoliła się z samochodu, otulając się ciaśniej płaszczem przed porywami zimnego wiatru.Odwróciła się i sięgnęła po torbę leżącą na siedzeniu.Pani Halliman była jedną z pierwszych klientek agencji.Cztery lata temu odpowiedziała na ogłoszenie o świadczeniu wszelakich usług, jakie zamieściły w lokalnej gazecie, i już wtedy powinny były ją spławić ostrzeżone jej zapaszkiem, lecz zbytnio zależało im na klientkach.Dwie z ekip sprzątających, które zatrudniały, twardo odmówiły wiosennych porządków w jej domu, więc Flick i Georgie, chcąc nie chcąc, musiały same ruszyć do akcji z zatyczkami w nosach, jak komandosi ze SWAT.Na szczęście tylko raz.Teraz nie miały tu wiele roboty – co jakiś czas trzeba było przysyłać hydraulika i raz w roku karmić kota, kiedy pani Halliman wyjeżdżała na swoją tradycyjną wycieczkę autokarową do Hiszpanii.Lista ich klientek wciąż zdumiewała Flick.Był tam cały społeczny przekrój – od zamożnych bab z osobistymi psychoanalitykami i indywidualnymi tablicami rejestracyjnymi po takie właśnie panie H., które egzystowały w tej części miasta od zawsze i teraz patrzyły, jak nowa forsa nadyma rynek nieruchomości.Flick wyjęła z kieszeni klucz – z numerem, nigdy z nazwiskiem – i starannie przekręciła go w zamku.Aż podskoczyła, kiedy rudy kocur pani Halliman otarł się jej o nogę, miaucząc kokieteryjnie.- Spadaj, Scoot.– Flick energicznie potrząsnęła nogą.– Ty pchlarzu.– Kot prychnął urażony, ale się odsunął.Flick lubiła koty, jednak ten dom był dla niej prawdziwym wyzwaniem.Smród sprawiał, że za każdym razem dławiło ją w gardle, kiedy tu wchodziła.Mieszanina woni kociej uryny, jedzenia i zaduchu.Jak normalny człowiek może tolerować coś takiego? Czy ta kobieta nie miała węchu?- Gdzie jest twoja śmierdząca karma, ty rudy skunksie? – mruknęła do kocura, który miauczał teraz głośno i namolnie, idąc przed nią wąskim korytarzem, zawalonym starymi gazetami i książkami.Potknąwszy się o koło roweru, okrytego jakąś szmatą, Flick wpadła z impetem do kuchni.Kocia miska trącona nogą z łomotem wylądowała pod zlewem.Ten był zawalony brudnymi naczyniami, a inne piętrzyły się na suszarce.Można było dojść do wniosku, że pani Halliman zmarła, a nie wyjechała na wakacje.- O Boże! Jesteś mi winna jeden cholerny dyżur, Georgie.– Flick schyliła się i wyciągnęła miskę spod zlewu.– Następnym razem ty się tutaj pomęczysz.Na szczęście kocia karma należała do suchych – otworzenie puszki z nieapetycznym, dziwnie pachnącym mięsem w tej zapuszczonej kuchni byłoby trudne do zniesienia.Flick nabrała powietrza i wytrząsnęła porcję karmy do miseczki.Kot jednym susem przypadł do jadła, zanim jeszcze zdążyła odstawić pudełko.- Nawet nie podziękowałeś, niewdzięczniku.Dobra, teraz gryzoń.Flick, powstrzymując obrzydzenie, otworzyła drzwi od kuchennej pakamery.Brudna pościel i ręczniki wylewały się z kosza, wypchane torby z czymś, czego wolała się nawet nie domyślać, zwisały z sufitu, a półki nad pordzewiałą lodówką wypełniały rzędy słoików z mętną zawartością.Na nich stała niewielka klatka, a na niej leżała paczka klamerek do bielizny.- Chodź.– Flick zajrzała do środka, usiłując wypatrzeć chomika w jego domku, ale zobaczyła tylko strzępki gazet.Żadnego ruchu.Zerknąwszy kontrolnie na kota, który nadal był zajęty jedzeniem, chwyciła klatkę i delikatnie nią potrząsnęła.Znów nic.Ani śladu zwierzątka.Flick zastanowiła się.Przecież chomik nie mógł tak po prostu zniknąć.Kocur, wreszcie najedzony, podszedł i owinął się wokół jej kostki.- Gdzie on jest? – zapytała, słysząc w swoim głosie nutę zatroskania i zarazem czując się śmiesznie, gdy tak z przejęciem zaglądała do klatki.Nagle zobaczyła, że drzwiczki są otwarte.- O, jasna cholera! – zaklęła pod nosem i obróciła klatkę, jakby to miało coś pomóc.Coraz bardziej zdenerwowana zaczęła przestawiać pudła, odkopywać na bok buty i kalosze i rozgarniać stertę okryć, które przypominały raczej szmaty pokryte kurzem i zesztywniałe od długiego leżenia na podłodze.Odkładała na bok jedno po drugim, sama nie wiedząc, co jest gorsze – perspektywa grzebania w tym syfie czy polowania na chomika, jeśliby się objawił.Oczywiście nie znalazła tam nic – ani żywego, ani martwego.Przejrzawszy półkę zastawioną puszkami farb i doniczkami, szybko przeniosła poszukiwania do kuchni [ Pobierz całość w formacie PDF ]